Poznań Triathlon 2017 – Challenge Accepted – (multi)relacja

Poznań Triathlon to dla nas impreza szczególna. To tu Artur zadebiutował w triathlonie. Później nad Maltą była pierwsza połówka oraz pierwsza olimpijka. Tu też debiutowała Ola – na sprincie. I choć z dużym niesmakiem wspominamy zeszłoroczną edycję, to zdecydowaliśmy się, żeby tu po raz pierwszy wystartować razem – na dystansie ¼ Ironmana.

Przez te 5 lat nudno nie było. Organizatorzy ciągle szukali optimum, więc w efekcie mieliśmy:

  • Dryfującą metę – na końcu Malty, z boku Malty albo na Placu Wolności
  • Rożne systemy w strefach – koszykowy lub workowy
  • Rowery – wieszane na wieszakach lub oddawane wolontariuszom
  • Pakiety startowe – raz eleganckie plecaki a raz foliówki Itaki
  • Nietypowe dystanse – 40 km roweru na ¼ czy 36 km na olimpijce, aż 7 km biegania na sprincie czy hitowe 3 km pływania na pełnym i to podczas Mistrzostw Europy.

Jednak urozmaicenia te często powodowały słuszne frustrację i w efekcie wiele osób oraz sponsorów podziękowało Poznaniowi za udział. Nic więc dziwnego, że tą imprezą Endusport pożegnał się z Challengem w Poznaniu. A wiewiórki donoszą, że za rok może tu zawitać pełen IronMan! Wtorkowy „rebranding” fanpage’a z Challenge Poznań na Triathlon Poznań, zdaje się być jedną z podstaw. Podobnie, jak brak dystansu pełnego w ogłoszonym właśnie harmonogramie na 2018 rok. Co z tego wyjdzie, zobaczymy. My w każdym razie trzymamy kciuki za taki scenariusz. Ale wróćmy do relacji z tegorocznej imprezy.

Dzień przed startem

Dzień przed startem był też dniem startu. Co prawda nie naszym, a naszego 13 miesięcznego syna, który w piątek zadebiutował w swoich pierwszych zawodach – Junior Poznań Triathlon. To świetna impreza dla dzieci od 0 do 15 lat, którą miałem przyjemność w pewnej części współorganizować. Jasiu, który startował w najmłodszej kategorii miał mieć z tego 100% zabawy i tak było.

Szczęśliwym zbiegiem okoliczności (a może wcale nie?) w tygodniu startu zaczął… chodzić!  Dzięki temu bez problemu wspólnie pokonaliśmy etap pływacki (przemarsz przez brodzik), potem była najciekawsza jaką w życiu widziałem strefa zmian T1, następnie etap rowerowy, a w zasadzie wszelakopojezdny, potem sprawny przechwyt rowerku przez wolontariusza i triumfalny wbieg na metę!

W tej teoretycznie kameralnej imprezie wzięło udział blisko 400 dzieciaków, co czyni ją jednym z największych junior triathlonów na świecie! Wszystkim rodzicom (nie tylko triathlonistom), szczerze polecamy zapisanie swoich pociech na przyszłoroczną edycję.

Kilka godzin po debiutanckim starcie Jasia, musieliśmy ogarnąć technikalia przed naszymi sobotnimi startami. O godz. 18:00 odbyła się odprawa techniczna. Z racji, że był to piątek, nie mieliśmy szans, żeby tak wcześnie zjawić się nad Maltą. Pojawiliśmy się tam ponad godzinę później z rowerami, które trzeba było zaparkować na noc w strefie zmian. Tam czekała na nas pierwsza zagadka – gdzie powiesić swój rower? Gdy odnalazłem swój numerek okazało się, że na moim wieszaku wisi jakiś inny rower. Ale oprócz mojego numeru jest tam też inny – wyższy – na czerwonej naklejce. Może to jednak nie mój? Pytam ochronę – nie wiedzą. Pytam innych zawodników – też skołowani. Wracam zatem do sędziego. Pan ma wieszać na czerwone numerki! No tak logiczne, przecież mam niebieskie naklejki na rower i kask, niebieską opaskę, więc jakże mogłem nie skojarzyć J Po chwili odnajduję czerwoną naklejkę z nr 836 a tam… kolejny rower. Tym razem ktoś inny pomylił numerki, a w zasadzie nalepki. Przewiesiłem zatem czyjś rower o metr dalej (żeby biedak nie najadł się stresu kolejnego poranku) i zaparkowałem maszynę. Ola miała maja swój „box” zaledwie 3 metry dalej. Więc szybko się ogarnęliśmy, przykryliśmy rowery folią i gotowe.

Mieliśmy jeszcze ochotę na pasta party, ale makaron serwowali 1,5 km od strefy zmian, więc odpuściliśmy i udaliśmy się do domu, spotykając po drodze sporo znajomych, a nawet Agnieszkę Jerzyk, która jak zawsze zarażała uśmiechem i optymizmem przed startem.

Relacja Artura z Challenge Poznań 2017

Dzień startu

Start naszej fali zaplanowany został na 10:05. Strefy zamykane są o 9:30 (chociaż na FB i w racebooku widniała informacja, że do 7:30, której nie sprostowano ponoć nawet na odprawie technicznej). Dzień wcześniej przyjechali do nas rodzice Oli, którzy zajmą się Jasiem, więc odpada nam sporo porannego zamieszania. Śniadanie, kawa, toaleta, ostatnie dopakowanie i ruszamy nad Maltę. Do pokonania – całe 4 km. Bliskość tego triathlonu to jeden z kluczowych argumentów, dla którego ciągle tu startujemy 😉

Nad jeziorem zjawiamy się o 9. Zostawiamy 2 pary butów, bidony i osprzęt i uciekamy na zrobić rozgrzewkę. Po 15 minutach biegania, wymachów i skipów lecimy do depozytu, dopinamy pianki i czekamy na start. W międzyczasie podchodzą i zagadują do nas różne osoby, które mówią, że nas znają i czytają – super miła sprawa 🙂 Z każdym wymieniamy trochę uwag, rozładowując napięcie przedstartowe. To z kolei zbytnio nie maleje, bo start się przedłuża, ale w końcu dostajemy sygnał, że druga fala (czyli my) może wskakiwać do wody, by dopłynąć do białych bojek.

Pływanie

Do pokonania w wodzie mamy 950 metrów + jakieś 250 do linii startu. Ponieważ to nasz pierwszy wspólny start w triathlonie, trzymam się blisko Oli, choć doskonale wiem, że kilka sekund po wystrzale nasze drogi się rozejdą, a właściwie rozpłyną. Płyniemy jednak spokojnym tempem, trochę za spokojnym, ale wiem, że Ola czuje się jak kot w wodzie, więc nie naciskam. Dopływamy do tłumu, który czeka już przy białych bojkach. Zatrzymuję się, by krzyknąć do Oli, że tu możemy się ustawić, gdy nagle… boom! Sygnał do startu! Wokół słychać zewsząd zdziwione „już?!”. Sami nic nie powiedzieliśmy, bo też nas mocno zaskoczył też nagły start – bez żadnej zapowiedzi spikera czy standardowego odliczania. Ale nie czas na gdybanie, gdy ktoś właśnie włączył pralkę o mocy 300 osób!

Płyniemy. Początek trudny, bo już na wstępie trzeba minąć paru żabkowiczów. Potem walka ramię w ramię z innymi zawodnikami. Po kilkudziesięciu metrach wpadłem w kleszcze, ale na szczęście wszyscy płynęliśmy równo i prosto, więc obyło się bez rękoczynów. Te jednak pojawiły się po jakiś 350 metrach, gdzie czekała pierwsza boja. Zagęszczenie zrobiło się bardzo duże i choć płynąłem dość dużym łukiem, to nie obyło się bez wodnych przepychanek. Z kotła udało się wydostać dopiero w okolicach drugiej bojki, którą pokonałem już bez przygód i przyjąłem azymut na metę. Droga do mety nie była jednak taka prosta, bo ciągle znosiło mnie na lewo, przez co musiałem nadrobić trochę trasy. Ostatecznie z wody wyszedłem po… 21 minutach. Bardzo słaby czas. Aż minutę gorzej niż w Sierakowie, a byłem przekonany, że płynę szybciej.

Fot. Z archiwum Tri

T1

Do strefy zmian wbiegam z kwaśną miną. Planowałem zrobić w Poznaniu o 5 minut lepszy czas niż miesiąc temu, a zaczynam gorzej. Szybko udaje mi się uporać z pianką, przyowdziewam co trzeba i chwytam rower za rogi. Na dzień dobry ostry podbieg i równie ostre zakręty. Potem jeszcze 200 metrów prostej, skręt i w końcu belka, za którą można wskoczyć na rower.

Rower

Etap rowerowy zaczynam dość zdyszany, bo ten dobiegł nie był łatwy. Do tego do ul. Warszawskiej jest nieco pod górkę. Mija zatem kilka minut, zanim tętno wróci do normy, ale szybko udaje się wskoczyć na wysokie obroty. Co parę kilometrów zerkam na zegarek. Średnia rośnie 33, 34, 35 km/h… Coś za dobrze. Najwyraźniej wiatr musi mocno pomagać i po nawrotce sytuacja zmieni się o jakieś 180 stopni 😉

Tak też się stało. W Kostrzynie średnia przekroczyła 36 km/h, zwrot przez sztag i napotykamy ostry wmordewind. A to dopiero 17-ty kilometr. Chwilę po nawrotce widzę Olę pędzącą do nawijki. Szybko! Ładnie pocisnęła. Po chwili zdałem sobie sprawę, że teraz zaczną się dla niej jeszcze ostrzejsze schody, bo przy jej wadze wiatr będzie miotał nią jak szatan 😉 Ja tymczasem obserwuję powolny spadek średniej, ale nie ma dramatu. Wiatr jest silny, ale dużo gorzej było 2 lata temu, gdy robiłem tu połówkę. Teraz jest znośnie. Po kilkudziesięciu minutach znowu pojawiam się w Poznaniu. Na trasie bez większych emocji. Kilka razy mijają nas motory, ale na żadnym z nich nie ma sędziego. Dziwne.

W centrum zrobiło się gęsto. Sporo osób wykorzystało to i porobiło sobie minipeletony. Żółte kartki powinny posypać się gęsto, tylko nie było komu ich wlepiać. Mijam Rondo Śródka po raz drugi i wracam na Warszawską mknąć już do mety. Nagle jak gdyby nigdy nic na pasy wkracza matka z kilkuletnim dzieckiem, które trzyma za rękę. Na liczniku ponad 30 km/h. Jedyne na co się zdobyłem w tej sytuacji, to soczyste KUUUURWAAA! Matka zorientowała się, że co się święci zerwała się do biegu i… wywróciła jak długa, ściągając do parteru swoją córkę. W ostatniej chwili cudem udaje mi się ostro skręcić i nie dołączyć zarazem do bliskiego kontaktu z asfaltem.

Serce wali mi jak szalone, adrenalina ostro skoczyła. Chwilę później znowu dostrzegam Olę na drugim pasie, a następnie skręcam w prawo na ostatnią prostą. Na liczniku dopiero 40 km?! Co jest? Rok temu na Olimpijce zabrakło 3 km i tym razem szykuje się powtórka z rozrywki? Najwyraźniej… Z roweru schodzę po 1:12h – średnia niemal 34 km/h. Nieźle

T2

Druga strefa zmian jest o niebo przyjemniejsza od pierwszej. Przy spokojniejszym tętnie wystarczy odwiesić rower, zmienić kapcie i rura. Co prawda do przebiegnięcia było 500 metrów, ale po 3 minutach minąłem kolejną belkę i przyszła kolej na deser.

fot. M. Klamizer

Bieganie

Dobry czas na rowerze podniósł mnie na duchu. Niespodziewany „bonus” od organizatorów w postaci 10% krótszej trasy sprawił, że czas po 2 etapach był zaskakująco dobry. Wystarczyło tylko nie spieprzyć biegania. No to trzeba zapieprzać. Nogi po rowerze rwą się do boju, ale pilnuję żeby nie przesadzić z tempem. Jako punkt przyzwoitości przyjąłem sobie 4:30 min/km. Pierwsze kilometry idą bez przeszkód. Temperatura nie jest wysoka, ale mimo to na każdym punkcie wylewam sobie wodę na głowę. Wiatr, który przeszkadzał na rowerze, tu także nie pomaga. Po 4 km mijam rodziców Oli z Jasiem. Krzyczę im, że Ola pojawi się za 10 minut. Dalej mijam kolejne grupy kibiców, wśród których dostrzegam znajome twarze. W takim okolicznościach pierwsze kółko mija zaskakująco szybko.

fot. M. Klamizer

Drugie kółko nie może być gorsze. Póki co nogi dobrze podają, a tętno w normie (około 168 uderzeń). Kolejna strefa, kolejny prysznic na głowę. Nic już nie jem, bo na rowerze dziabnąłem 2 żele i to powinno wystarczyć.  Na 7. Kilometrze pojawia się lekki kryzys. To jedyny odcinek, gdzie nie udaje mi się utrzymać zaplanowanego tempa. Potem jednak pojawił się mostek i już czuć było metę. Automatycznie nogi zaczęły szybciej zasuwać, choć tętno szło w górę. Ale tego już nie da się zepsuć. Podbieg pod górkę i teraz już ostro z góry prosto do mety. Rozglądam się do tyłu, ale nie mam nikogo na plecach. Przyśpieszam nieznacznie, uśmiecham się mocno bo doping piękny i jeeeeest. Przecinam wstęgę swoim rozpędzonym ciałem. Tempo 4:23 min/km. Zacnie

Spoglądam na Garmina i nie wierzę: 2:24:33! Życiówka poprawiona o blisko 4 minuty!
Nie byłoby na to szans, przy dobrze wymierzonym rowerze, ale nie czas o tym myśleć. Lecę po piwo od strefy finishera i wracam na metę, bo przecież zaraz powinna wbiegnąć Ola…

fot. M. Klamizer

Relacja Oli z Challenge Poznań 2017

Na całe szczęście przed sobotą miałam mnóstwo spraw na głowie i nie było przez to czasu na zbędne myślenie i stresowanie się. Niestety wszystko ze zdwojona siłą uderzyło we mnie w piątek. Najpierw wyrabianie paszportu dla Jasia, potem jego pierwszy start w triathlonie, sprzątanie chałupy, bo Dziadki przyjeżdżają, gotowanie dla nich, przygotowywanie wałówki na całą sobotę dla Jasia, pranie ubrań, bo w niedzielę wyjeżdżamy z moimi rodzicami na urlop. Rety. To wszystko sprawiało, że nie miałam kiedy pomyśleć o tym, jak bardzo jestem zestresowana. Z drugiej strony nie sprzyjało łapaniu świeżości przed startem.

W sobotę rano mój stres osiągnął apogeum. Standardowo zadawałam sobie retoryczne pytanie – na cholerę mi to wszystko? Po Sierakowie zakładałam, że oswoiłam podwodne potwory, ale jednak nie. Wizja wchodzenia do Malty i płynięcia w tłumie 300 osób napawała mnie znów straszliwym lękiem. Jednak pozytywnie zaskoczyłam się, gdy po przybyciu w sobotę rano okazało się, że „nasze” bojki nie są wcale tak daleko. Standardowo na minuty przed startem biorę kilka głębokich oddechów i stres powoli odchodzi, a przychodzi skupienie i nawet lekka ekscytacja. Szkoda tylko, że start się opóźnia i czekając na sygnał gotujemy się już lekko w piankach pływackich. Wskakujemy do wody i płyniemy powoli na linie startu.

Tam nawet nie zdążyliśmy się dobrze rozejrzeć i umościć, kiedy bez żadnego ostrzeżenia czy odliczania pada wystrzał oznaczający nasz start. Bez zastanowienia zaczynam więc młócić rękoma o wodę. Sunę moim „super” kraulem i o dziwo mijam nawet jakichś ludzi. Usiłuje wyprzedzić jednego żabkowicza, ale co chwile znosi mnie w jego stronę i moja prawa ręka co rusz ląduje na jego pośladkach. Z tego miejsca chciałam kolegę serdecznie za to przeprosić. Nawet nie wiem kiedy dopływam do pierwszej bojki. Przy kolejnym nawrocie jakiś ambitny pływak stawia sobie za punkt honoru stratować wszystkich za wszelka cenę. Ale przynajmniej wiem, że teraz jest już z górki. Moje tempo pozostawia wiele do życzenia, ale jestem super z siebie dumna, że płynę kraulem i to spokojnie i równo. Bosko! Wyskakuje z wody i sru na rower.

fot. Fabryka Triathlonu

Nie powiem, ale lekko się obawiałam roweru, bo byłam świeżo po bike fittingu i nie zdążyłam za bardzo przetestować nowego dopasowania. Tyaa wiem, że to nie było zbyt mądre posunięcie, ale liczyłam, że fitting zadziała jednak na moją korzyść. Rozkręcam moją maszynę i udaje mi się utrzymać nawet prędkość 35 km/h. Osz, jak bardzo chciałabym dowieźć taką liczbę do mety! Z tyłu głowy mam jednak słowa Artura, który mówił że po nawrotce od Kostrzyna jedzie się na ogół lepiej, ale z drugiej strony może zaskoczyć wiatr.

Póki co sytuacja wygląda bardzo dobrze, mijają mnie Panowie rzucając mobilizujące teksty, a ja robię swoje. Jednak obserwując na drugim pasie zawodników, którzy zaliczyli już nawijkę, to wiedziałam, że zaraz się skończy rumakowanie. Ewidentnie było widać, ze walczą z jakąś magiczną silą, która pcha ich z powrotem do Kostrzyna.

Nagle wypatruje Artura, krzyczymy coś do siebie, ale w efekcie nikt nic nie słyszy. Ja jeszcze na fali endorfin zadowolona z siebie, a on już wie. Już wie to czego ja się tylko domyślam, czyli że zaraz po nawrotce wiatr podetnie mi skrzydła i łydy. I faktycznie, prędkość maleje diametralnie, a ja czuje się jak ten Syzyf toczący swój kamień w stronę kolejnej strefy zmian. A może to szukanie wymówek? Że w Sierakowie górki, a w Poznaniu wiatr w twarz… Skupiałam się ostatnio na pływaniu, zaniedbując mocno rower i teraz widzę, że kolejne miesiące trzeba poświecić na odpimpowanie łydy i zrobienie siły na rowerze.

Ok, wracam na trasę. O irytującym wietrze już wspomniałam, a o licznych kilku osobowych peletonach i tak już trąbi triathlonowe środowisko. Nie obchodzi mnie prędkość, jaką wykręca Ci zawodnicy, ale drażni mocno łamanie zasad. Tak bardzo lubię startować w rożnego rodzaju zawodach, bo urzeka mnie zawsze atmosfera i ludzie, którzy w tym siedzą. Otwarci, wspierający się i pozytywnie zakręceni. Chciałabym Jasiowi wpoić poprzez sport umiejętność radzenia sobie z wygraną i przegraną. Nauczyć zdrowej rywalizacji i przede wszystkim zasad fair play. Tym bardziej boli mnie fakt, że coraz gorzej z tym wszystkim. Może to wynika z tego, ze triathlon czy bieganie robi się coraz bardziej popularne i coraz więcej ludzi się w to bawi, więc siłą rzeczy rośnie liczba takich ciężkich przypadków.

fot. M. Klamizer

Miałam wrócić na trasę, ale znowu z niej zboczyłam. Ale ostatecznie po zaledwie 41 km dobijam do strefy T2 – mocno sponiewierana przez wiatr i zostaje mi już jedynie moje ukochane bieganie. Mimo kilku przerobionych zakładek wolałam podejść do tematu pierwszy raz zachowawczo. Dać z siebie dużo, ale nie wszystko. Biegło mi się super, mimo tego, że już na 2 km złapała mnie kolka. Nadal nie wiem skąd pojawia się u mnie to cholerstwo, bo nie ma żadnej reguły. Wiedziałam jednak, że w okolicy czwartego kilometra będą czekać Dziadki z Jasiem i trzymałam się kurczowo tej myśli. Zupełnym przypadkiem ta cholerna kolka przeszła mi zaraz po tym jak ujrzałam mojego kochanego syna. Krzyknęłam im niecenzuralne „ogień z dupy”, podpytałam  jak Jasiu, posłałam mu buziaka i lecę na drugie kółko.

Na każdym punkcie zgarniałam butelkę wody mineralnej. Brałam parę łyków, a resztę bezpardonowo wylewałam sobie na głowę, kark czy twarz. Dużo aktywnych kibiców robiło świetną robotę. Mimo to, nieszczęsna kolka pojawiła się ponownie w okolicach 8 km, ale trudno się nią przejmować, kiedy do końca pozostały już tylko 2 km. Tuż przed metą dostrzegam z lewej strony Artura, a z prawej moich rodziców z Jasiem. Udało się.

Pierwsza ćwiartka zaliczona! A co więcej było nawet przyjemnie:)

fot. M. Klamizer

Dzień po zawodach

Na drugi dzień nogi zamiast boleć i być jak z betonu, były zaskakująco świeże. I to mimo braku masażu w strefie finishera, z którego zawsze chętnie korzystam, jeśli to możliwe. Stwierdziłem, że zamiast planowanego roweru wybiorę się na bieganie, a kierunek mógł być tylko jeden – Malta – gdzie trwał drugi dzień zmagań Challenge Poznań. Trening zaplanowałem na 15tą, licząc, że o tej porze napotkam na trasie część połówkowiczów, ale przede wszystkim kozaków, którzy wystartowali na pełnym dystansie. A w samej Zgrupce mieliśmy ich aż 6kę.

I faktycznie po chwili krążenia wzdłuż Malty minąłem Marka, potem pojawił się Daniel ze Krzychem, a nieco później poasystowałem Bartkowi – kierownikowi sekcji. Na trasie spotkałem też naszego trenera Jarka Skibę i kilku innych Zgrupkowiczów, którzy swoje starty mieli już za sobą. Niestety nie udało mi się pobiec z Michałem ani z Martą, która dzielnie walczyła do samego końca.

Po powrocie do domu odpaliłem makaron oraz live timing, na którym śledziłem dalsze zmagania „calaków”. Ostatecznie wszystkim panom udało się dobiec na metę, a w okolicach godz 22:00 nasz teamowy czat rozgorzał od dyskusji i dopingu. Wszyscy trzymali kciuki, żeby Marta zdążyła przed upłynięciem 15h limitu. I zrobiła to! A jakby było tego mało, wskoczyła zarazem na 3. miejsce na podium! Jeszcze nigdy tak nie ekscytowałem się triathlonem. patrząc na same cyferki 😉

Podsumowanie

Plusy dodatnie

  • Strefa finishera – przeniesienie mety pod boczne trybuny dało nową przestrzeń, które zostało ładnie zagospodarowane pod strefę finishera. Było miejsce na leżaki oraz do kuchni serwującej smaczny (sic!) makaron.
  • Kibice – w zależności od dystansu do pokonania były 1,2,4 lub nawet 8 kółek wokół Malty. Ale przynajmniej często można było zbijać piony i liczyć na gęsty doping kibiców.
  • Wydawanie pakietów – wprowadzenie kart zawodnika do wydruku usprawniło proces i zredukowało kolejki, które w zeszłym roku były ogromne.
  • Redukcja chaosu – choć niedociągnięć było trochę, to w porównaniu w zeszłym rokiem organizatorom udało się poprawić wiele elementów, za co duży plus.
  • Zwrot chipów – wraz z kontrolą roweru przy opuszczaniu strefy. Duża zmiana w porównaniu ubiegłym rokiem, gdzie można było wziąć sobie ze 3 czasówki i wyjść przez nikogo niepokojonym 😉

Plusy ni to dodatnie, ni to ujemne

  • Pogoda – świetnie, że nie było patelni, tylko akuratne kilkanaście stopni. Ale towarzyszył temu silny wiatr, a w niedzielę wieczorem także ulewny deszcz.
  • Frekwencja – wolne miejsca pozostały na wszystkich dystansach rozgrywanych w Poznaniu. Niektóre listy były ledwie w połowie zapełnione. Na tak prestiżowej niegdyś imprezie, nie powinno to się zdarzyć

Plusy ujemne

  • Dystans rowerowy na ¼ – o 10% mniej niż być powinno. Posypały się życiówki (w tym u nas), ale to takie życiówki takie z dużym „ale”. Szkoda.
  • Szum informacyjny – temat rzeka, który co roku towarzyszy poznańskiemu triathlonowi. Sprzeczne informacje na FB/odprawie/racebookach
  • Parówy rowerowe – na trasie rowerowej podczas ¼ sędziego nie dostrzegłem. Nawet na całym dystansie ponoć przejechał tylko raz! To sprawiło, że i w sobotę i w niedzielę nie brakowało peletonistów.
  • Opóźnienia – niemal każdy ze startów był opóźniony o 20 minut.
  • Pakiet startowy – kiedyś były fajne plecaki, a teraz foliówka z Itaki
  • Cięcia budżetowe – brak masaży (zawsze były), brak żeli na trasie, brak sędziów na trasach, puste strefy odżywcze (na dystansie długim), słabe zabezpieczenie trasy – niby nic wielkiego, ale standard idzie w dół zamiast w górę i na pewno nie jest to europejski poziom imprez Challenge