Wings For Life – bieg, który dodaje skrzydeł!

Czwarta edycja Wings For Life w Poznaniu była bodajże najlepszą z dotychczasowych. Organizatorom po raz pierwszy udało się zapełnić listy startowe, a zawodnikom udało się udanie zadebiutować bądź znacząco poprawić swoje życiówki. Do tego tylu ciepłych słów o pogodzie podczas majówki nigdzie indziej nie padło 😉

Mam sporego farta, że mogę napisać tę relację. Bo bardzo niewiele brakowało, abym nie wziął udziału w jednym z moich ulubionych biegów. Ale od początku…

To, że chce pobiec w Wings For Life nie podlegało dyskusji. To jedyna impreza, z którą jestem od początku i startowałem dotychczas w każdej edycji. Jednak co roku zastanawiamy się z Olą, czy by nie pobiec WFL gdzieś indziej niż w Poznaniu. Byliśmy już całkiem blisko tego, by zdecydować się na norweski Stavanger. Piękna trasa, wzdłuż brzegu i wśród słynnych fiordów, co to z ręki jedzą. Udało mi się nawet namierzyć bilety na samolot – w obie strony za 140 zł! Ale jednak się nie zdecydowaliśmy. A bo majówka, a bo może to, a bo tamto i takie typowo ludzkie odwlekanie na potem. No i nagle jebs.

27 kwietnia pojawia się post „Poznań Sold Out”. Pakietów ni mo i nie będzie. Odkupić i przepisać też nie można. Co można? Pobiec z aplikacją (whaaaat?) albo skorzystać z vouchera. Kto odsprzeda voucher? No nikt. Godzę się już z „porażką”, aż tu nagle Ola podsyła mi linka do konkursu. Wymyśl hasło promujące Egzoszkielet Egzo GT i wygraj jeden z dwóch voucherów. Na Egzoszkieletach znam się tak jak rodzajach lakierów do paznokci, ale co tam – spróbuję. Dzień później wysyłam hasło konkursowe i czekam. 2 maja przychodzą wyniki. Udało się! Wygrałem voucher! Dzień później przy śniadaniu siadam by się zapisać na bieg. Okazuję się, że zapisy trwają do godziny 11:00, a jest 10:35. OMG! Jeszcze tego by brakowało, bym wygrał voucher i nie mógł z niego skorzystać 😮 Na szczęście proces przebiegł bez problemu i jest – trafiłem na listę startową Wings For Life w Poznaniu.

Artykuł powiązany: Co warto wiedzieć o Wings For Life?

Dzień przed startem

Po pakiet startowy też wybrałem się „na ostatnią chwilę” – w sobotę o 2o:40. A to dlatego, że tego dnia wyprawialiśmy przyjęcie dla Jasia z okazji jego pierwszych urodzin. Tym samym, przez cały dzień zamiast ładować się węglowodanami z ryżu czy makaronu, ładowałem w siebie cukry proste w postaci trzech ciast. Nie narzekałem 😉 Z racji późnej pory, kolejki po pakiet nie było żadnej. W biurze zawodów stosunek wolontariuszy do zawodników wynosił jakieś 15:1. Tym samym odbiór pakietu przeszedł bardzo sprawnie. Worek z numerem, koszulka (zapisałem się na L, wziąłem M, a chciałbym S, ale już nie było) i wróciłem do domu.

Dzień startu

Ponieważ zawody startują dopiero o 13:00, trzeba było zmienić podejście do porannego posiłku. Zamiast tradycyjnej bułki z dżemorem wjechał omlet. A 2h przed startem węglowodany uzupełniłem… resztkami wczorajszego ciasta. Na zawody ruszam tradycyjnie godzinę przed startem. Jadę rowerem, więc przy okazji rozgrzewam mięśnie, a na miejscu jestem już 20 minut później. Początkowo lekko przeraziła mnie długa kolejka do depozytu, ale na szczęście sprawnie się uszczuplała i mogłem udać się do boksu numer 2, do którego zostałem przydzielony.

W boksie spotykam Asię, z którą biegłem od początku do mety (czyli wówczas 26 kilometra) pierwszą edycję Wings For Life. Tuż obok spotykam Chrisa z On The Move, z którym zawsze startuje i wracam tym samym autobusem 😉

Machamy do kamer, robimy ze 3 fale i ustalamy kto w ile celuje. Ja rzuciłem okrągłą 30-ką. Tyle udało mi się zrobić 2 lata temu. Rok później celowałem już w 32 km, ale z racji upału skończyło się dużym niedosytem, bo samochód-meta dopadł mnie na 29,23 km. Tym razem 30 km przyjąłbym z pocałowaniem Garmina. Z racji rocznego bobasa na pokładzie oraz jego mamy, która również przygotowuje się do triathlonu, siłą rzeczy ilość i jakość treningów mocno spadła. Dlatego powtórzenie wyniku sprzed 2 lat traktowałbym jako sukces.

Relacja z Wings For Life World Run 2017

Punktualnie o 13:00 czasu lokalnego ruszyliśmy w długą. Jak bardzo długą, tego nie wiedział w zasadzie nikt. I to jest w tym biegu najfajniejsze. Początek był dość ciężki – na początku podbieg i zwężenie, które przykorkowało nieco biegaczy i trzeba było chwilami dreptać. Sytuacja unormowała się dopiero po wybiegnięciu z terenów Malty – na szerokiej ul. Baraniaka.

Tam dość niespodziewanie dostrzegam Joannę Jóźwik, z którą w zeszłym roku udało mi się spotkać i porozmawiać w okolicach 11 km, a przy okazji zrobić jedno z lepszych selfie w życiu 😉 Porównując zdjęcia wyraźnie widać, jak mocno różniła się temperatura rok temu i teraz.

WFL 2016

Ponawiam zatem zeszłoroczny manewr i pytam czy możemy zrobić tradycyjne już foto z biegu. Jasne! – słyszę w odpowiedzi. No to pstryk! Dopiero w domu przeglądając zdjęcia przyjrzałem się jegomościowi po prawej stronie Asi i zorientowałem się, że toż to Paweł Korzeniowski – znakomity pływak, który w tym roku spróbuje swoich sił także w triathlonie. Za 3 tygodnie spotkamy się ponownie na zawodach w Sierakowie.

Tempo mojego biegu było zaskakująco szybkie i kręciło się w okolicach 4:20 min/km. Choć biegnie się przyjemnie, to powstrzymuje nogi od takiego zapindalania, bo przecież tempo na 30 km wg kalkulatora WFL wynosi 4:52 min/km, a więc zdecydowanie mniej niż obecne. Szybkim tempem docieram w okolice AWF-u, gdzie wypatruję kibicujących w tym miejscu reszty Tri of Us – Oli i Jasia.

Na 7 kilometrze znowuż niespodziewanie widzę Joannę Jóźwik, która zdecydowanie podkręciła tempo biegu. Miałem więc możliwość przyjrzeniu się jej nienagannej sylwetce (biegowej) ;) Potem Asia pobiegła jeszcze szybciej i zniknęła z pola widzenia, aż do punktu odżywczego na 16 km, gdzie… podawała wodę kolejnym biegaczom.

Wcześniej jednak ponownie widzę ulubioną 2-kę moich kibiców. Ola zdążyła przemieścić się z okolic AWF na Most Chrobrego, gdzie Jasiu dostał grzechotkę i nie w pełni świadomie dopingował biegaczy.

Półmetek pachnie życiówką

Po godzinie biegu i przebiegnięciu ponad 12 km czułem już, że niemal na pewno uda się zrealizować plan. Średnie tempo wynosiło 4:36 min/km, czyli na okolice 35 km. Brałem dużą poprawkę na czyhające od 13 km podbiegi i postępujące zmęczenie, ale zapas czasowy był na tyle duży, że musiałoby mnie kompletnie odciąć, żeby nie dowieźć wyniku do ruchomej mety. Przez kolejne kilometry działo się stosunkowo niewiele. Stawka się już dość ustabilizowała i nie dochodziło do większych przetasowań. Wybiegliśmy poza granice miasta, więc ożywienie na trasie pojawiało się, gdy mijaliśmy kolejne miejscowości. Tam zawsze można było liczyć na wsparcie kibiców i sporo pion mocy – szczególnie od najmłodszych.

Kolejny wodopój i okolice 21 km, czyli pęka granica półmaratonu. Czułem, że za chwile może zrobić się ciężej i faktycznie, tak się stało. Coraz więcej osób zaczyna przechodzić do marszu, ale na szczęście u mnie następuje tylko drobne załamanie tempa. Po 25 km sytuacja wraca do normy i biegnę dalej zgodnie z planem. Na 26 km kolejny wodopój. Łupnąłem wówczas wodę, izotonik i nawet red bulla, bo jeszcze nigdy nie udało mi się dobiec do następnego punktu odżywczego zlokalizowanego na 32 km. Czy tym razem się uda? No możesz dać radę. 31 na pewno zrobisz. Elegancki wynik, życiówka. Gadam sam do siebie w myślach.

Dbam już o to, żeby tempo utrzymywać w granicy 4:50 min/km. Na trasie dzieję się tyle co na grzybobraniu w lutym. Generalnie niewiele. Ale cel coraz bliżej, więc robię swoje. Tętno cały czas poniżej 170 uderzeń, nogi nie odmawiają posłuszeństwa. Kondycja zaskakująca dobra, jak na ten dystans i moje mało intensywne ostatnio treningi. I tak dobiegam do 30 km. Świetnie! Cel optimum zrealizowany. Jeszcze 230 metrów i pada życiówka ustanowiona 2 lata temu. Teraz wykręcanie nowej. 31 km zgodnie z planem też pada. Zaczynam rozglądać się za Adamem, ale za plecami ciągle pusto. W końcu nadjeżdża czarne auto. Zakładałem, że to zganiacze na prawą część drogi. Tymczasem załoga zamiast wyrównać szyk do prawej krzyczy „Adam jeszcze daleko, biegnij!”. W tym momencie ta wiadomość mnie… zmartwiła. Autentycznie chciałem już zostać dopadnięty. No, ale cóż, trzeba biec dalej.

Pęka 32 km. Zeszłoroczny cel wykonany. Jest pięknie! Tylko gdzie ten samochód? Może Adam złapał gumę albo gdzieś wyskoczył na mieście? A może spóźnił wyjście z progu linii startu? Biegnę dalej, w końcu przecież się pojawi. Niespodziewanie mijam flagę 33 km. Robię nawet zdjęcie, bo to już musi być finisz. Tempo po raz pierwszy spadło mi minimalnie poniżej 5 minut, ale nogi nadal żwawo podają, mimo że psychika ma już ochotę na przerwę. W końcu pojawia się dziwny pojazd, którego kierowca niczym Bruce Wszechmogący gestem ręki spycha biegaczy na prawą stronę.

Niewiele za nim nadjeżdzają rowerzyści. Jeden z nich podjeżdza do mnie i zamiast rzucić, że ładnie pobiegłeś, ale już daj se spokój, to ten na mnie krzyczy, że mam zasuwać, bo flaga za 200 metrów i mam zaraz z górki! No biegnij!  Jako, że nie byłem w nastroju do dyskusji, to czym prędzej oddaliłem się od awanturniczego rowerzysty, który pięknie zmotywował mnie do finiszu. Pocisnąłem ile fabryka dała (a właściwie zostawiła) i dobiegłem do flagi zwiastującej 34 km, a potem jeszcze dalej, bo tak się rozpędziłem 😉 W końcu jest! Meta!

34,16 km pokonane w tempie 4:41 min/km (2:40h).
2142 miejsce na ponad 155 288 osób na całym świecie.

Szok, niedowierzanie, miliony pytań bez odpowiedzi! Chyba na żadnych innych zawodach aż tak bardzo nie przestrzeliłem się co do zakładanego i zrealizowanego rezultatu. I to na plus!

Powrót do rzeczywistości

Czas na najmniej ulubioną część Wings For Life – powrót na start. Na początku przeszedłem kilkaset metrów w stronę Gniezna. Po czym spotkałem dużą ekipę podążającą… w przeciwnym kierunku. No to w tył zwrot i idziemy. Doszliśmy do Pobiedzisk, gdzie spotkałem kogoż innego jak nie Chrisa?! Czekamy na autobus zastanawiając się, czy znowu pojedziemy najpierw na północ, potem przesiadka i powrót do Poznania. Po chwili podjeżdzają 4 autobusy. Do których nie możemy wsiąść. Te nie dla nas. No ok. Po chwili podjeżdza kolejny. Pełen. Miejsc siedzących brak. No pięknie.

Kolejną godzinę spędzamy w autobusie pełnym spoconych i wykończonych biegaczy, skondensowanych jak śmierdzące powietrze w sprayu. Godzinę po ukończeniu biegu docieramy na start. Nareszcie. Teraz tylko depozyt, medal, pamiątkowa fota i micha makaronu. A potem 3 dni chodzenia z betonowymi nogami. Ale zdecydowanie warto było!

Do domu docieram niezwłocznie, bo przecież bieg nadal trwa! Udało mi się załapać na przepiękny rekord Dominiki Stelmach, która wygrała światowy bieg wśród kobiet! A w rywalizacji mężczyzn zgodnie z planem świetne zawody rozgrywają Bartek Olszewski i Tomek Walerowicz, który ponownie pewnie zmierza po zwycięstwo w Poznaniu. Bartkowi udało się przebiec niewyobrażalne 88 km. Lepszy okazał się tylko Anderson ze Szwecji, który jednak poruszał się na wózku. Panowie zapewnili świetną rozrywkę na TVN24 niemal do godziny 19, a chwilę później w Faktach mogłem dostrzec… samego siebie 😉

PLUSY DODATNIE

  • pogoda – bliska ideału, co automatycznie przełożyło się na znacznie lepsze wyniki
  • formuła biegu – absolutny unikat
  • znane twarze – gdzieś jeszcze można spotkać mistrzów świata i pobiec z nimi? Tym razem na trasie naliczyłem ich co najmniej 3
  • kibice – piona za doping!
  • organizacja – impreza rośnie, ale organizacyjne nadal wszystko sprawnie i komfortowo przebiega

PLUSY NI TO DODATNIE, NI TO UJEMNE

  • koszulka w pakiecie – w końcu doczekaliśmy się koszulki technicznej z prawdziwego zdarzenia. Szkoda tylko, że rozmiarówka była w amerykańskim stylu – czyli dużo za duża
  • charytatywny charakter biegu – OK, super, że 100% opłat idzie na badania nad rdzeniem kręgowym. Tylko zasadniczo, co przez te 4 lata i miliony euro zebranych z opłat udało się osiągnąć? Fajnie byłoby coś opublikować 😉

PLUSY UJEMNE

  • powrót na start – niezmiennie najsłabszy punkt imprezy. Godzinny powrót bez jedzenia, siedzenia i folii termicznej nie należy do rzeczy, o których człowiek marzy po skończeniu wysiłku
fot. Ewelina Jaśkowiak/Lepszy Poznań