Egzamin zaliczony na 5 – Relacja z VII Ekonomicznej Piątki

Standardowe piątki kojarzą się z czymś przyjemnym. Początek weekendu. Można wyluzować, odpocząć, zwolnić tempo życia. Chyba że mówimy o piątce do przebiegnięcia na zawodach. Wtedy mamy to samo, tylko na odwrót – początek ciężkiej orki, szalone tempo, walka z samym sobą i ostra końcówka. Nie inaczej było na 7. Ekonomicznej Piątce w Poznaniu.

W zeszłym roku stwierdziłem, że bardzo nie lubię piątek. Od tego czasu minął rok i zdecydowanie nie zmieniłem zdania o tym dystansie. Właściwie, to tylko utwierdziłem się w przekonaniu, że to mój najmniej ulubiony kilometraż. Między innymi za sprawą jesienno-zimowego City Trailu, w którym również było do pokonania 5 km, tyle że nad Rusałką i bardziej trailowo. Ale, o ile w zeszłorocznym cyklu udało mi się wykręcać czasy w okolicach 20 minut, to tym razem złamanie 21 minut okazywało się wyzwaniem. Nic dziwnego – spadek objętości treningowych musiał się tak skończyć. Zarazem jednak w żadnym z 9 biegów citytrailowych nie udało mi się wykręcić czasu z 1-ką z przodu. To mi się udawało tylko w ramach Ekonomicznej Piątki.

Artykuł powiązany: Relacja z 6. Ekonomicznej Piątki (i zarazem pierwszy tekst na blogu triofus.pl! :))

Nad tym, czy zapisać się na kolejną edycję tego biegu zastanawiałem się zatem krótko. Co prawda poprzednio zawsze traktowałem go jako formę szybkiego testu przed Poznańskim Półmaratonem. Udawało się zrobić życiówkę na 5kę, to udawało się 1-2 tygodnie później na połówce. Tym razem jednak Półmaraton odbywał się w marcu, więc test przed Półmaratonem zrobiłem także nad Maltą, tyle że tą leżącą nad Morzem Śródziemnym 😉

W 2015 roku udało się wykręcić 19:53 min. W 2016 udało się poprawić ten wynik o całą sekundę! Co zatem zrobić w 2017? Pobiec na miarę aktualnej formy, czyli w okolice 21 minut? Bez sensu. Zrobię tak – zaatakuję nowy rekord! Albo spuchnę po 2 kilometrach i skończy się na 22 minutach, albo jakimś sposobem się uda i poprawię po raz kolejny życiówkę na tych zawodach. No to plan już mam, a zatem…

Relacja z 7. Ekonomicznej Piątki

Bieg startuje w samo południe. Ale pobudkę zaliczam już o 6 rano. Nie żebym planował jakiś cudowny rytuał przedbiegowy. Po prostu tak to zwykle wygląda, gdy ma się roczne dziecko 😉 Przejmuję Jasia od Oli, która zbiera się na poranny trening kolarski, a ja powoli ogarniam jego i siebie. Na zawody wyjeżdżam o 11. Rowerem docieram na miejsce w 20 minut. W biurze żadnej kolejki, więc po chwili mam już pakiet startowy. Do depozytu też podchodzę z marszu. Mam pół godziny do startu. W sam raz by się rozgrzać i przygotować.

Jako absolwent Uniwersytetu Ekonomicznego w Poznaniu, imprezę tą traktuję trochę jak „swoje zawody”. Mimo relatywnie dość niewielkiej obsady (około 600 osób), wokół widzę sporo znajomych twarzy – kolegów z uczelni, dwóch wykładowców z mojej specjalności, czy nawet rektora, a zarazem promotora Oli. Rywalizacja z nimi zawsze dodaje nieco innego wymiaru i smaku. Podczas rozgrzewki spotykam także Michała – najszybszego biegacza Zgrupka Team, który 5-kę pokonuje nawet poniżej 18 minut. Dziś nie celuje aż tak wysoko, ale  na pewno warto się trzymać go blisko – przynajmniej przez pierwsze 10 metrów od startu 😉

Chwilę po wybiciu 12:00 pada strzał i setki biegaczy rusza do boju. Mimo że doskonale wiem, aby bardzo uważać, by nie zakwasić  się na samym początku, to pierwsze kilkaset metrów przebiegam w tempie 3:30 min/km. Hoooola amigo. Tak to daleko nie zajedziesz. Redukcja. Tempo powoli spada w dół, ale pierwszy kilometr pokonuję w 3:47 min. Za szybko. Spuchnę. Na drugim kontroluję tempo już dokładnie i owocuje to optymalnym 3:55 min na koniec tego odcinka. Teraz czas na chwilę prawdy. A ten czas na półmetku czas wyniósł 9:40. Ech, gdyby to utrzymać do końca, to byłoby pięknie.

Gadam ciągle do siebie i przekonuję, że warto i dam radę. Bieg do tego etapu zdążył się już poukładać i nie dochodzi do większych przetasowań stawki. Zakręt przy Maltance i długa „prosta” do mety. Garmin daje znać, że minął trzeci kilometr. Tempo odcinka 4:05. Cooo jest?! Na chwilę musiałem odpuścić i od razu odbiło się to na średniej. Trzeba podkręcić. Ok, sytuacja wraca do normy, choć wzrost tempa wiąże się ze wzrostem tętna. Serducho wali już z prędkością 182 uderzeń na minutę. Do mety niecałe 2 km, więc teraz decydujący moment biegu. Nie jest łatwo, bo odcinek do wysokości Term jest pod górkę, ale jakoś idzie. Przede mną biegnie Adam, który wczoraj zrobił życiówkę na 10 km. Ten to ma zdrowie.

Fot. tumieszkaagnieszka

Czwarty kilometr pokonany w czasie 3:55. Uff, jest OK. Teraz tylko nie schrzanić końcówki i ten szalony plan się uda. Zerkam na zegarek równie często, co dzieci idące do pierwszej komunii. Jeszcze 800 metrów. Tempo dobre. Jeszcze 600 metrów. Idziesz na rekord. Pół kilometra do mety. No już prawie. 400 metrów – tyle co rundka na stadionie. Dasz radę! W końcu przestaję patrzeć na Garmina, tylko skupiam się na mecie i zaczynam sprintować. Ostatni łuk i jest! Meta!

Była walka do końca.

Czas 19:39 min! 12 sekund lepiej! Ale czad!

Zaraz za metą dopada do mnie Adam słynący z gadulstwa. A ja niczym w hollywoodzkiej superprodukcji widzę, że coś mówi, ale nie rejestruję tego. Macham mu tylko, że nie teraz i idę usiąść. Końcówka, to było pójście w odcięcie i potrzebuję chwili, by dojść do siebie. Po dwóch minutach wszystko wraca do normy. Plan wykonany, przeżyłem. Idę po piwo. Zasłużyłem.

Plusy dodatnie

  • Pogoda – blisko ideału. Odpowiednio ciepło, pochmurnie. Jedynie lekki wiatr nieco przeszkadzał.
  • Logistyka – bez kolejek po pakiet, depozyt, toalety czy nawet po piwko.
  • Piwko – lubię, gdy nim częstują, a jak to jest jedno z moich ulubionych z browaru w Grodzisku, no to już całkiem +10 do fejmu za organizację.
  • Opłata startowa – zaledwie 20 zł. Niezmienne od lat. W pakiecie numer startowy. Na mecie ładny medal, woda, kwiaty dla Pań oraz (nie wiem czy wspominałem) piwko! Nie można tak i na innych zawodach?

Plusy ujemne

  • Listy startowe – ten kto wymyślił, żeby listy startowe wywiesić nie według kolejności alfabetycznej, ale numerycznej, ten powinien w ramach pokuty przejść całą Maltę na kolanach 😉