Relacja – 10. Poznań Półmaraton

10. edycja Poznań Półmaraton była taka, jak być powinna – znakomita. Organizatorzy postarali się, żeby jubileusz wypadł okazale i zamówili nawet wymarzoną pogodę. A wpadając na metę, można się było poczuć, jak na Gali Mistrzów Sportu.

Dzień przed startem

Po odbiór pakietu udaliśmy się o 13:00, bo godzinę później ruszał cykl wykładów o bieganiu, na które planowaliśmy się wybrać. Targowa przestrzeń jak zawsze robiła spore wrażenie, a wśród tłumów ludzi udało się od czasu do czasu wypatrzeć jakąś znajomą twarz i zamienić kilka słów. Odbiór przebiegł bardzo sprawnie. Żadnych kolejek, szybka obsługa i gotowe. W 3 minuty załatwiliśmy temat i jak spora część biegaczy zrobiliśmy sobie fotę na tle wielkiej mapy z wyrysowanym niedzielnym wyzwaniem.

Potem ruszyliśmy do holu wschodniego, żeby się trochę dokształcić. W końcu biega się nie tylko nogami, ale i głową 😉 Pierwszy wykład dotyczył podstawowych zasad biegania. Ameryki nie odkryliśmy, ale zawsze warto ugruntować sobie wiedzę.

Dużo bardziej czekaliśmy na drugi wykład prowadzony przez Kacpra Adama – Mistrza Polski na dystansie 1/2 IM. Kacper zachęcał do rozważenia migracji z półmaratonu do triathlonu. Dotychczas z Olą podziwialiśmy jego osiągnięcia sportowe, ale jak się okazało, jako wykładowca radzi sobie równie dobrze. Co ciekawe, jego rekord w półmaratonie wynosi 1:16h, a jak robi połówkę w ramach połówki Ironmana (czyli po przepłynięciu 1,9 km i przejechaniu 90 km rowerem), to potrzebuje zaledwie 1 minuty więcej! Kosmos. Dla porównania (uwaga, porównuję się do Mistrza Polski :D) u mnie ta różnica wynosi ponad 6 minut. Skorzystałem też z okazji i zapytałem Kacpra o ulubione zawody w Polsce. Wymienił Sieraków i Poznań – czyli akurat te, na które jesteśmy zapisani w tym sezonie.

W strefie expo spędziliśmy ponad godzinę. Nie żeby była taka gigantyczna czy fascynująca, ale pochłonęła nas dyskusja z Izą i Piotrem – organizatorami Duathlonu w Czempiniu, w którym mamy zamiar po raz pierwszy spróbować swoich sił.

Na koniec udaliśmy się na Pasta Party, gdzie tradycyjny makaron z sosem serwowała Leniwa Danuta. Tym razem był nawet nierozgotowany i całkiem smaczny! 😉

Dzień startu

Pobudka o 7:00. Dość późno, ale zasadniczo to 6:00 starego czasu. Na szczęście na targi mamy blisko, więc się wyrobimy. Na termometrze -2 stopnie, więc Ola już snuje plany, żeby może jednak pobiec na długo. Na szczęście chwilę później ma się zrobić znacznie cieplej, więc nie zmieniamy strategii. Kawa, bułka z dżemorem i zbieramy się do wyjścia. Idziemy na przystanek tramwajowy mocno niepewni, czy uda nam się wbić do bimby z wózkiem. Zgodnie z przypuszczeniami 6-ka przyjeżdza nabita, jak tokijskie metro. Całą nadzieję pokładamy w 12-ce, która przyjeżdża 3 minuty później. Uff, jest przestrzeń, więc wsiadamy. W przeciwnym wypadku czekał by na nas plan B, czyli bieg na start.

Na miejscu szybka akcja. Toaleta, depozyt, karmienie Jasia, znowu toaleta (tym razem w toi-toje obrodziło, jak w grzyby po deszczu) i idziemy na start. Strefy wyglądają imponująco. Otoczone solidnym płotem, z bramkami precyzyjnie przypisanymi do danej fali czasowej. Obok stoją ochroniarze, którzy zerkają na kolory numerów startowych i tylko czekają, żeby przyuważyć kogoś w lakierkach i krzyknąć „w tych butach nie wejdziesz!”. Do strefy wchodzimy bardzo symbolicznie, bo z wózkiem daleko nie zajdziemy.

Pogoda sztos. Temperatura wzrosła do 5 stopni, słońce lekko prześwituje, nie ma wiatru. Warunki bliskie ideału. Po paru minutach słychać odgłos strzału, zwiastujący rozpoczęcie imprezy. Wokół nas jednak spokój, bo startujemy ze strefy C (1:40-1:49), choć apetyty mamy na czas ze strefy B 😉 Po około dwóch minutach ruszyła kolejna partia i przyszła kolej na nas. Startujemy. Ja z wózkiem, a Ola solo, bo ma dziś ambitny cel, żeby złamać 1:40h.

Biegniemy. Ale po chwili idziemy. Tłum nie uporał się z pierwszym zakrętem i na wysokości Sheratona trzeba było przejść do marszu. Na szczęście dalej już było bez postojów, choć pierwsze 3 km to była ciągła walka o wypatrywanie prześwitów, w które można wbić się z wózkiem. Ale były też plusy. W pewnym momencie udało mi się podsłuchać głośny dialog:
– Ty zobacz, to Jasiu z tatą?
– Tak, to chyba oni!
Potwierdziłem, że to my i pognaliśmy dalej. Jasiu jeszcze nie chodzi, a już się staje rozpoznawalnym biegaczem 🙂

W okolicach Cytadeli na trasie zaczęło robić nieco luźniej i udało mi się złapać właściwy rytm biegu, w tempie koło 4:45 min/km. Po drodze mijamy znajome twarze i uskuteczniamy małe small talki. Kilka osób zagaduje też o zawartość wózka – Chłopak/dziewczynka? Ile ma? Który półmaraton? Wiem, że takie gadki źle robią dla ciała, ale dla psychiki są w tym momencie, jak zimne piwo w upalny dzień.

Linię 10 km pokonuję w czasie 47:30 min. Jeśli uda mi się lekko przyśpieszyć, to na mecie złamię planowane 1:40h. Jest dobrze. Chwilę później  w tłumie biegaczy dostrzegam smukła sylwetkę i szybko pomykające nogi odziane w charakterystyczne, barwne wzorki. „Mam ją! Jest już moja!” – pomyślałem sobie zupełnie tak jak 11 lat temu. Tylko teraz w zupełnie innym kontekście. Dobiegam do niej i zaczyna się seria pytań: Śpi? Kiedy zasnął? Jak się biegnie? Dialog przerywa nam drugi punkt żywieniowy. Korzystam z pomocy Oli, która podaje mi kolejno wodę, izotonik i banana.

Chwilę później skręt w lewo i najtrudniejszy element trasy – podbieg na Hetmańską. Przyznam, że obawiałem się go, bo w zeszłym roku dopadł mnie tu kryzys, a przecież wtedy biegłem bez wózka. Tym razem udało się go pokonać zaskakująco gładko. Trochę dopomógł w tym Grzegorz Urbańczyk, który w tym kluczowym miejscu dopingował nam i krzyczał Ola, Artur, dajecie ostro! No to dajemy. Postanawiam odłączyć się od Oli, bo oboje dobrze wiemy, że biegnięcie we trójkę nie będzie łatwe. Jasiu obudził się niewiele później – na 14 km. Na szczęście do mety obyło się bez płaczu, a trasę umilał sobie słodko gaworząc.

Kolejne kilometry upłynęły mi zaskakująco szybko. Cały czas udawało się trzymać dobre, równe tempo, dzięki czemu na Arciszewskiemu udało mi się dostrzec „baloniki”, a w zasadzie husarskie flagi z napisem 1:40. Nieco później do boju dopingowały Kolejorz Girls oraz wielu kibiców zgromadzonych przy trasie (ooo dla taty z wózkiem klaszczemy 2 razy szybciej!).  Na 20-tym kilometrze stwierdziłem, że pora na ostatni zryw, bo zapas sił mam spory. Wrzuciłem 5-ty bieg i narzuciłem sobie tempo jak na 1:30h.

Grunwaldzka ciągnie się i ciągnie, do tego pod górkę, ale już czuć metę nosem. A przecież w tym roku ta meta, ma być wypasiona jak nigdy. Robię sobie wizalizację tych ostatnich chwil i wpadam skręcam w prawo na MTP. Kibiców całe mnóstwo i głośno dopingują. Ależ to nakręca! Wśród grup kibiców dostrzegam nawet Agnieszkę Jerzyk – niekwestionowaną królową polskiego triathlonu.

Skręt po łuku w lewo, lekki podbieg i wpadamy do hali. Wow. Pomarańczowy ywan, światła, półmrok, a do tego gigantyczny panoramiczny ekran. Noooo… aż chciałoby się zwolnić, żeby się przyjrzeć, ale gdzie tam. 6-ty bieg i prujemy. Na szczęście jest dość luźno, więc nawet z wózkiem udaje się jeszcze dziabnąć kilka osób i zyskać parę pozycji. Po chwili meta!

Czas: 1:39:10. Super! Cel zrealizowany. 4 minuty szybciej niż 3-tygodnie temu na Malta Halfmarathon, ale i 4 minuty wolniej niż rok temu na tej trasie. Tyle, że wtedy biegłem bez wózka.

Czacha dymi (tętno na końcówce 191 uderzeń), ale rozglądam się za Olą, bo przecież za chwilę wybije jej planowany deadline. I co? Jest! Złamała 1:40h i także poprawiła życiówkę z Malty! Zrobiliśmy to! Ale czad!

Po biegu lecimy skorzystać z masażu. Ola trafiła w ręce dwóch dziewczyn, a Artur jednego chłopaka, który przypomniał mu, czym jest konkretny ból i dlaczego warto częściej korzystać z dobrodziejstw stretchingu i rollowania. Na koniec znowu makaron z sosem bolońskim i wielkopolskie czarne złoto, czyli Fortuna Czarne.

Plusy dodatnie

  • Meta – pierwszy raz zdarzyło mi się kończyć bieg pod dachem i to jeszcze jak zaaranżowanym! Mega!
  • Pakiet startowy – atrakcyjna koszulka (co roku zupełnie inna), ładny i solidny worek oraz piwko.
  • Wykłady – nie wiem jak Wy, ale ja dotychczas tylko w Poznaniu miałem okazję poedukować się przy okazji startu w półmaratonie (i maratonie).
  • Start falowy – ma swoje plusy i minusy, ale przy tej skali biegu, zdecydowanie ląduje w plusach.
  • Punkty odżywcze – bardzo długie, pełne wolontariuszy, dobrze wyposażone. Czy na którymś biegu w Polsce ktoś widział lepiej zorganizowane? Prośba o komentarze, bo jestem ciekaw 🙂
  • Kibice – w Poznaniu zawsze dopisują. Byli praktycznie na każdym odcinku trasy i dodawali skrzydeł. Szczególnie na finiszu bardzo się przydali. Dziękujemy!
  • Misie – róże dla kobiet na mecie, to na wielu biegach już standard, ale gdy Jasiu otrzymał misia, to się konkretnie zdziwiłem. Mega pozytywnie oczywiście. Super gest 🙂
  • Wyciąganie wniosków – organizując tak ogromne imprezy nie sposób nie ustrzec się błędów, ale bardzo cenię to, że organizatorzy 10. Poznań Półmaraton wyciągają wnioski z poprzednich edycji i słuchają uwag zawodników. A patrząc po innych dużych imprezach w tym mieście, to niestety rzadkość.

Plusy  ni to dodatnie, ni to ujemne

  • Nawigacja – co prawda organizatorzy zadbali o sporą liczbę map czy znaków nawigacyjnych, ale mimo to nie brakowało ludzi, którzy błądzili w poszukiwaniu pasta party, szatni, sali z wykładami czy biura zawodów. Z drugiej strony, przy tak dużej imprezie, to w zasadzie nieuniknione.

Plusy ujemne

  • Podwójnie niefortunna data – nie dość, że w ten sam weekend miały miejsce dwa inne duże półmaratony (Warszawa i Sobótka), to jeszcze zmiana czasu w nocy sprawiła, że wszyscy przyszli na start nieco mniej wyspani i bardziej rozregulowani.
  • Tłok – start falowy na pewno pomógł, ale nie rozwiązał problemu. Najgorzej było bodajże kilkaset metrów za startem, w okolicy Sheratona, gdzie wiele fal musiało przejść do marszu.

Podsumowanie

W poznańskim półmaratonie fajne jest to, że zawsze spotka się mnóstwo znajomych twarzy. Znajomi z pracy, treningów, zawodów, studiów czy nawet osoby, które poznałem dzięki prowadzeniu bloga. To dla nas zupełnie nowa, ale jakże motywująca grupa osób, którą przy okazji mocno pozdrawiamy! 🙂

Nam udało się dziś zrealizować plan i zrobić (w zależności jak liczyć) jedną (Ola), dwie (Ola i Artur z wózkiem) czy nawet trzy życiówki (Ola, Artur i Jasiu). Z pewnością walnie przyczynił się ku temu 10. Poznań Półmaraton, który jest świetnie zorganizowaną imprezą i tę edycję będziemy wspominać najlepiej z dotychczasowych.