Madera w triathlonowym stylu

Gdy pod koniec czerwca okazało się, że wygraliśmy w konkursie Profil Aktywny, w ramach którego możemy zrealizować nasz pomysł (pokonanie europejskiej wyspy w triathlonowym stylu) zaczęliśmy gorączkowo poszukiwać finalnej destynacji. Byliśmy już o krok od wybrania się na Islandię, ale ostatecznie polecieliśmy na Maderę i był to lot w dziesiątkę.

Wypad musieliśmy zrealizować w lipcu, bo w sierpniu Ola wróciła do pracy po 1,5 rocznej przerwie macierzyńskiej. Czasu na ogarnięcie tego wszystkiego mieliśmy zatem bardzo mało. Po obłowieniu się w sklepach Martres Sport w walizki, ciuchy i sprzęt sportowy – co również było częścią nagrody – zaczęliśmy planować nasz pobyt na Maderze, biorąc jednak dużą poprawkę na to, że na miejscu dowiemy się wielu nowych rzeczy i założenia trzeba będzie zaktualizować.

Dzień 1 – rozpoznanie terenu w Funchal

Nasz hotel położony był w centrum Funchal – stolicy Madery, która jest świetnym punktem wypadowym. W samym mieście nie ma żadnych spektakularnych atrakcji czy zabytków, które trzeba zobaczyć, ale nam bardzo spodobał się jego klimat. Nie brakowało ładnych promenad, alejek spacerowych, egzotycznych parków czy ciekawych rzeźb usytuowanych w różnych częściach miasta – łącznię z tą najbardziej znaną, czyli pomnikiem Ronaldo w fazie rekcji 😉 Przyjemnie było pozapuszczać się w różne fragmenty tego miasta, szczególnie, że potrafiło zaskoczyć – m.in. uliczką restauracyjną, wypełnioną dziesiątką knajpek. Niemal każde drzwi na tej ulicy (i paru sąsiednich) były małymi dziełami sztuki. Pomimo głodu, jaki już odczuwaliśmy, nie byliśmy w stanie zjeść w całości obiadu, jaki nam tu zaserwowano. A to wyjątkowo rzadka sytuacja 😉

Wpadliśmy też do obowiązkowego punktu w Funchal – targu Mercado dos Lavradores, w którym można było zobaczyć i skosztować mnóstwa egzotycznych owoców, z czego o kilku nigdy nawet nie słyszeliśmy – np. bananoananas. Następnie udaliśmy się w kierunku mariny, odwiedzając po drodze ciekawy budynek kasyna, zaprojektowany przez samego Oskara Niemeyera.

W lewym rogu banano-ananas

Nie obyło się także bez wizyty w centrum informacyjnym, gdzie zaopatrzyliśmy się w mapy, rozkłady jazdy i garść informacji od lokalsów, których nie wyczyta się w przewodnikach. Z tą wiedzą mogliśmy opracować konkretny już plan na kolejne dni.

Dzień 2 – bieg na Cabo Girao

W odległości 11 km od Funchal znajduje się coś, czego nie mogliśmy pominąć – Cabo Girao – zdaniem tutejszych najwyższy klif w Europie. Powęszyliśmy jak to jest i 580 metrów wysokości dają mu dopiero 7. miejsce, co nie zmienia faktu, że jest to imponująca wysokość, tym bardziej, że znajduje się tam szklany taras widokowy!

Ruszamy około 11:00. Temperatura osiągnęła już standardowe dla Madery 24 stopnie, więc bieg zapowiadał się wymagająco. Co prawda 11 km to nie jest szalony dystans, ale biegnąc z wózkiem i startując z poziomu morza i wznosząc się na wysokość ponad 600 metrów (sam klif był nieco niżej), to już całkiem konkretny trening z podbiegami 😉 Trasę zaplanowaliśmy tak, żeby móc nacieszyć się widokami, dlatego cały czas biegliśmy wzdłuż wybrzeża. Po drodze minęliśmy płonący hotel (!), rajskie zatoczki oraz niesamowite ozdoby wykonane ze surowców wtórnych w miasteczku Camara de Lobos.

Jedną z dekoracji był portret stworzony z etykiet po napojach przedstawiający Ironmana. Dobra wróżba na przyszłość 😉

Pierwsze 7 km biegło się przyjemnie, choć pełne słońce nie ułatwiało zadania, ale potem zaczęły się schody. Schodami z racji wózka biec nie mogliśmy, więc wybieraliśmy dłuższe trasy – szosą. Nachylenie ostro rosło i momentami bieg stawał się niemożliwy, bo z najwyższym trudem udawało nam się iść. W odległości 2 km od mety zrobiliśmy postów w restauracji usytuowanej pod klifem. Dziabnęliśmy pizzę i ruszyliśmy na najtrudniejszy fragment, gdzie nachylenie było już bardzo konkretne, a płaskie odcinki odeszły w zapomnienie. W końcu udało nam się wbiec na szczyt.

O ile sam taras widokowy ze szklaną podłogą nie zrobił wielkiego wrażenia – ma jakieś 2 na 4 metry, a szkło jest nieprzeźroczyste – to sam widok z niego zdecydowanie wart był tego niemałego wysiłku. Z Cabo Girao roztaczał się piękny widok na Funchal skąd przybiegliśmy oraz na ocean i zaskakująco przejrzystą wodę.

Rozważaliśmy jeszcze powrót biegiem, ale wspinaczka tak nam dała w łydy, że nawet wizja zbiegania z górki nas nie skusiła i wybraliśmy komunikację miejską.

Dzień trzeci – wyprawa na Przylądek Świętego Wawrzyńca

To miejsce, które musicie zobaczyć – słyszeliśmy kilkukrotnie. Skoro musimy, to nie ma wyboru. Rano wsiedliśmy w autobus nr 113 i ruszyliśmy w kierunku Ponta de São Lourenço. Autobus wiezie nas po stromych i superkrętych drogach, przez co oboje zaczynamy żałować smacznego, ale nieco zbyt obfitego śniadania. W końcu po 80 minutach docieramy do celu, czyli końca drogi. Dalej kończy się  też cywilizacja i mamy jedynie wąską ścieżkę prowadzącą do najbardziej wysuniętego na wschód fragmentu Madery.

Trasa jest dość wymagająca, bo cały czas prowadzi albo w górę albo w dół, niejednokrotnie po schodach. Do pokonania mamy dystans 4 km w obie strony. Po mniej więcej kilometrze docieramy do pierwszego miejsca, w którym opada kopara. To piękna zatoczka, otoczona ostrymi skałami w niezwykłych barwach. Po paru minutach zachwytów / fotkach / nagraniach ruszamy dalej. Trasa robi się wąska – momentami trzeba czekać na mijankach. Jednak co rusz wyłania się przed nami piękny widok, a ukształtowanie terenu jest takie, że w dalszym ciągu nie widzimy punktu docelowego, co czyni wyprawę jeszcze ciekawszą.

Po pokonaniu 3 km docieramy do jedynego budynku, jaki spotykamy na trasie. Zdaje się, że jest to lokalne schronisko, ale mimo że mamy środek lata, to jest zamknięte. Mimo to robimy przerwę na małą szamę oraz zmianę pieluchy i ruszamy po wisienkę na torcie, czyli atak na szczyt. Półwysep kończy się bowiem stromym podejściem na skraj lądu. Co tam na nas czeka? Nie wiemy, ale na pewno warto!

Nie myliliśmy się. Po pokonaniu dziesiątek schodków docieramy na miejsce i rozkoszujemy się widokiem. Przed nami 2 małe wysepki, pięknie wieńczące Maderę. Dalej, jakieś 1000 km dalej znajduje się Lizbona.

Na drogę powrotną decyduję się „przerzucić” Jasia na plecy, bo schody na końcówce były strome i nierówne, więc zdecydowanie warto jest móc patrzeć pod nogi przy schodzeniu. Wracamy na poziom docelowy, choć szlak niezmiennie wiedzie poprzez górki i dolinki.

Droga powrotna to niestety ta sama trasa, ale zawsze to szansa na spojrzenie na to piękne miejsce na ziemi z innej perspektywy 😉

Dzień 4 – Monte i nieudane podejście do levady dos Tornos

Kolejnego dnia znowu chcieliśmy pobiegać. A jak biegać, to najlepiej w pięknych okolicznościach przyrody, których na Maderze nie brakuje. Dlatego postanowiliśmy połączyć kolejne dwa „masthewy” – wjazd kolejną linową na wzgórze Monte, a stamtąd ruszyć szlakiem levady, czyli ścieżki prowadzącej wzdłuż kanału irygacyjnego.

Pierwsza część planu była prosta. Wystarczyło pójść do stacji kolejki usytuowanej w centrum miasta nad samą plażą, kupić bilet i wskoczyć do wagonika. W kasie zdecydowaliśmy się na „combined ticket”, czyli połączony z wizytą w ogrodzie botanicznym (31 euro). Tanio nie jest, ale ponoć warto. Następnie poszliśmy do kolejki, w której obsługa nas wyłowiła (jako że byliśmy z wózkiem) i puściła przodem. Po chwili siedzieliśmy już w wagoniku i rozkoszowaliśmy się widokiem na Funchal.

Kolejka prowadzi na wysokość 560 metrów, a pokonanie trasy zajmuje jej około 12 minut. W tym czasie nieustannie byliśmy karmieni – Jasiu cycem, a my pięknym widokiem na ocean, miasto oraz wzgórze, które z każdą sekundą przybliża się o 5 metrów. Podróż mija więc szybko i wkrótce meldujemy się na wzgórzu. Stamtąd udajemy się do pobliskiego kościoła, u stóp którego spotykamy lokalna atrakcję – wiklinowe sanie, którymi dwójka „kierowców” zwozi chętnych w dół. Mimo, że mkną po asfalcie nie używając żadnych dopalaczy, to są w stanie się rozbujać nawet do 40 km/h!

Następnie wracamy idziemy na wschód, gdzie stoi kolejna stacja kolejki linowej, tym razem prowadząca w dół w stronę Ogrodu Botanicznego. Tu już frajda dużo mniejsza, bo kolejka wolna i do tego wiedzie przez kotlinę, która nie prezentuje nic szczególnego. Po jakiś 10 minutach jesteśmy na miejscu. Ogród widać najlepsze lata ma już dawno za sobą. Liczyliśmy na wysyp egzotycznych kwiatów i roślin, a tu głównie zielone krzewy i drzewa. Jedynie w kilku miejscach można było spotkać coś przyciągającego wzrok. Atrakcja, którą zdecydowanie można sobie podarować.

Wracamy na górę pobiegać! W drodze w kolejce powrotnej dostrzegamy wiele spalonych drzew. W 2016 roku ogromne pożary trawiły okolice Funchal i ślad po tej katastrofie widać w wielu miejscach. Niestety pożar ten wpłynął też na nasze plany, bo jak się okazało na miejscu – trasa levady dos Tornos została zamknięta z powodu osuwisk popożarowych. No i pobiegali i cały misterny plan też w pizdu.

Do hotelu wróciliśmy rozczarowani. Nie dość, że zawiódł Ogród Botaniczny, to jeszcze nici z biegania po levadach (nawet częściowym, bo liczyliśmy się z tym, że w wielu wąskich miejscach biec się nie da). W ramach planu awaryjnego poszliśmy w trójkę na basen. Jasiu dostał sporego pływaka, w którym unosił się na wodzie, a my na zmianę robiliśmy długości i skorzystaliśmy z sauny. Dość nieoczekiwanie zrobił nam się z tego dzień regeneracyjny, ale był potrzebny po przed nami kolejne wyzwania do zaliczenia.

Dzień 5 – zakładka rowerowo-pływacka

Mimo poszukiwań, nie udało nam się namierzyć w okolicy wypożyczalni szosówek, choć od czasu do czasu na ulicach spotykaliśmy kolarzy, ale raczej ze swoim sprzętem. W nielicznych punktach dominowały rowery MTB i miejskie, ale gdy pytaliśmy o fotelik dla dzieci, to spotykaliśmy się z niezrozumieniem. Madera, to nie jest wyspa dla dzieci 😉

W tej sytuacji Ola wzięła Jasia na spacer biegowy, a Artur wypożyczył rower. Nie dość, że w polskiej firmie, to jeszcze swojskiego Krossa! Ciśnienia w rowerze praktycznie nie było, a malutką pompką udało się dodmuchać do zaledwie 2 atmosfer. Trening zapowiadał się jeszcze bardziej siłowo niż powinien.

Gdzie jechać? Opcję w zasadzie były tylko dwie – na wschód lub na zachód. Na południe się nie dało (bo za zimna woda na jeżdżenie po dnie oceanu). Na północ prędzej, ale biorąc pod uwagę niebotyczne nachylenie, to i motorower byłby ostry wyzwaniem. Zachód też w zasadzie odpada, bo to de facto ta sama trasa, którą zaliczyliśmy drugiego dnia – w kierunku Cabo Girao. Został zatem kierunek wschodni, a konkretnie dostrzegalna z Funchal 15-metrowa statua Cristo Rei.

Posąg znajduje się na przylądku, więc trasa teoretycznie powinna prowadzić wzdłuż wybrzeża. W praktyce okazało się, że momentami trzeba było od niego odjechać dosyć mocno i… bardzo wysoko. Nie zdążyłem jeszcze dobrze wyjechać z miasta, a już nachylenie zrobiło się takie, że chyba po raz pierwszy w życiu jechałem na przełożeniu 1×1. I ledwo dało się kręcić! Pełne słońce też nie ułatwiało zadania, ale łudziłem się, że zaraz te podjazdy się skończą. Ale nie. Po chwilowym wypłaszczeniu następował kolejny podjazd. I potem jeszcze jeden. Zacząłem mocno żałować, że w tym roku ani razu nie wybrałem się na „środing”, czyli zgrupowkowy trening z podjazdami.

Średnie tempo jazdy oscyluje w granicach szalonych 10 km/h. Nawet na bieganie to dość niska prędkość, ale w tym wypadku szybciej nie się nie dało. Do tego co chwila robiłem przerwy na odsapnięcie i uzupełnienie kurczących się zapasów wody. Na szczęście udało mi się dorwać przydrożną studzienkę, która była wybawieniem w tej sytuacji. W końcu po paru kilometrach wspinaczki nastąpiło wypłaszczenie. Nie trwało jednak długo, bo zaczęła się ostra jazda w dół. W normalnej sytuacji bardzo by mnie to ucieszyło, ale miałem świadomość, że będę wracał tą samą trasą, wiec radość była umiarkowana 😉

Po kilku kilometrach i wielu ostrych zakrętach wróciłem do linii brzegowej, a tam czekał on, w swojej wielkiej, rozłożystej okazałości. Mimo, że jest posąg jest 2 razy mniejszy od tego w Rio (o Świebodzinie już nie wspominając), to robił wrażenie. Jeszcze większe po zejściu w dół na sam koniec przylądka. Stamtąd rozchodził się przepiękny widok – na statuę, zatokę Funchal oraz nawet na Przylądek Św. Wawrzyńca. To ten moment, w którym mówisz sobie „warto było”. Bo faktycznie widok ponownie zrekompensował trudy podróży.

Porobiłem sporo zdjęć, nagrałem trochę ujęć i pora wracać. Początek ciężki, bo znów trzeba było wdrapać się na wzniesienie. Na szczęście trasę już znałem, a ta wiedza dawała jako taki komfort psychiczny. Do tego jazda wzdłuż oceanu pozwalała zapomnieć o nachyleniu. Wkrótce udało się dotrzeć do przewyższenia i męki skończone – jedziemy w dół!

Chciałem skorzystać z tego, że mam piękny widok na zatokę i nagrać parę scenek na gopro, ale zwyczajnie się nie dało. Zjazdy były tak strome, że trzymanie jedną ręką kierownicy i tylko jednego hamulca nie wystarczało. Pozostało zatem wpięcie kamerki na kierownicę i ostra jazda w dół. Z trzymanką. W życiu też nie przejechałem tak długiego odcinka kompletnie bez pedałowania. Pokręcona ta Madera.

Pisząc ten tekst przeanalizowałem wykresy z zapisu trasy – w kilku miejscach na dystansie 200 metrów różnica wzniesień wynosiła 60 metrów! Jeśli nie gwałcę teraz praw logiki i matematyki, to nachylenie wynosiło 30%. Ostro, to mało powiedziane 😉

Po powrocie do miasta spotkałem się z Olą i Jasiem w marinie. Poszliśmy na lody, przebraliśmy się i poszliśmy popływać. Madera w odróżnieniu od niedalekich Wysp Kanaryjskich zupełnie nie ma piaszczystych plaż (z wyjątkiem tych z piaskiem przywiezionym z Sahary). W ogóle jest ich tu wyjątkowo niewiele, a jak już to wyłącznie kamieniste. Dla amatorów wakacji w stylu leżing, plażing, smażing, Madera to nie jest dobra opcja. Za to ci, którzy lubią aktywny wypoczynek zdecydowanie mają co tu robić.

Woda zimna. Mimo, że lipiec i jesteśmy na wysokości północnej Afryki, ale jednak na otwartym oceanie. Wejście do takiej lodówy i to po kamienistym dnie nie należy do przyjemności. Moment krytyczny tradycyjnie następuje po dotarciu do linii… no do pasa 😉 Tu chwilowy szok termiczny, a następnie pełna zanurzeniowa.

Po rozpływaniu wróciłem do brzegu i zacząłem nieco nurkować pod powierzchnię wody. Ku swojemu zaskoczeniu od razu napotkałem sporo ryb i jeżowców. Momentami przepływały pode mną małe ławice pomarańczowych, niebieskich czy czarnych rybek. Dla kogoś kto nurkuje to pewnie nic niezwykłego, ale ja byłem nieźle podjarany i co rusz dawałem nura starając się nakręcić jak najwięcej ciekawych scenek.

Miejscowi patrzyli na mnie jak na kogoś, kto zgubił co najmniej portfel, ale kto by się przejmował ludźmi leżącymi od rana na betonowej plaży 😉

Dzień 6 – Levada Riberio Frio – Portela oraz Balcones

Drugie podejście do levady. Początkowo rozglądaliśmy się za opcją wyjazdu w licznych minibiurach wycieczkowych, które ogarniają takie tripy za około 30 euro. Jednak w dniach kiedy my chcieliśmy jechać, to albo nie było oferty albo nie było już miejsc. Zaczęliśmy zatem węszyć w necie i Ola natrafiła na blogu informację, że do jednej z najpiękniejszych levad można dotrzeć autobusem – prosto do Riberio Frio. No to jedziemy!

Korciło nas, żeby zabrać wózek biegowy, bo na zdjęciach trasa była piękna i wystarczająco szeroka. Wiedzieliśmy jednak, że nie będzie brakowało wielu zwężeń, a zabawa w przenoszenie wózka odebrała by frajdę z biegania. Postawiliśmy zatem ponownie na nosidełko, mimo konkretnego dystansu, jaki na nas czekał. Wsiadamy w autobus i ruszamy na północ w centrum wyspy. Trasa jak zwykle – malownicza i kręta.

Po godzinie docieramy na miejsce, czyli skromny parking z knajpkami wokół. Rozglądając się za początkiem trasy dociera do nas brzmienie swojskiego języka, więc podchodzimy zagadać. Para Polaków pomaga nam znaleźć start drogi na Balcones – piękny punkt widokowy, z którego widać 3 najwyższe szczyty Madery (ponad 1800 metrów). Choć drogowskazy sugerowały, że to wyprawa na 45 minut, nam udaje się dotrzeć na miejsce już po… 16 minutach. Trasa ładna, szeroka i bez żadnych przeszkód można ją pokonać dziarskim krokiem. Na miejscu czeka na nas duży balkon z widokiem na… chmury. O ile kotlinę było widać jak na dłoni, to już szczyty gór spowite były mleczną mgłą. Ale mimo wszystko wrażenia na plus. Wracamy.

Po kolejnym kwadransie wróciliśmy do punktu wyjścia. Przechodzimy na drugą stronę ulicy i ruszamy nad levadę – 11 km odcinek do miejscowości Portela. Już po kilku pierwszych krokach napotykamy na mały wodospad. Potem na trasie miniemy ich jeszcze kilka. Ale to co robi największe wrażenie znajduje się po drugiej strony trasy – urwiska.

Potem doszły do tego zwężenia, przejścia skalne, zatoczki i inne trasoumilacze. W duchu żałujemy, że nie możemy się tędy przebiec, bo trasa trailowa jest doprawdy rewelacyjna.

Po 5 km docieramy do polanki, gdzie chyba większość wędrownych urządza sobie przerwę. Tam też ponownie spotykamy znajomą parę Polaków i wdajemy się w dyskusję. Po paru chwilach orientujemy się, że wszyscy mamy na rękach Garminy, w tym dwie 920ki. Triathloniści? A jakże! Coś ta Madera musi mieć w sobie, że przyciąga triathlonowe pary 😉 Po kilkunasto-minutowej przerwie, wtrynieniu paru owoców i wafli ruszamy dalej.

A dalej trasa robiła się jeszcze ciekawsza i nieco bardziej wymagająca. Plusem było jednak to, że cały czas było super płasko. Żadnych wzniesień. Po pokonaniu 9 km docieramy do kolektora wodnego, który zwiastuje koniec przyjemnej części wycieczki. Dalej zaczyna się zejście w dół zwykłą polną drogą. Wzdłuż nas cały czas płynie strumień, a momentami pojawiają się kwieciste aleje, które umilają końcówkę pełną schodów do pokonania.

Po pokonaniu 11 km (a łącznie z balcones 14 km), docieramy do miejscowości Portela, gdzie nic ciekawego poza przystankiem autobusowym na nas nie czeka. Choć nie, czekali na nas także triathloniści z Polski, z którymi razem zabraliśmy się taksówką do Funchal. Targowali się tak dobrze, że przejazd wyszedł tylko euro drożej niż autobus 😉

Dzień 7 – nieoczekiwany gratis

Kolejnego wstaliśmy wcześnie, bo o 8:30 mieliśmy jechać na lotnisko. Okazało się jednak, że nasz lot został odwołany – podobnie jak wiele innych z powodu bardzo silnego wiatru. Lotnisko na Maderze jest jednym z najtrudniejszych w Europie i jak wieje, to nie ma wyboru. Musimy czekać. W południe dowiadujemy się, że wylecimy dopiero o 22:30 – niemalże 12h później niż mieliśmy!

W normalnej sytuacji bardzo byśmy się ucieszyli z takiego gratisu, bo dodatkowy dzień pozwoliłby nam na zaliczenie wejścia na Pico Ruvio – najwyższy szczyt Madery i jedyny punkt z listy, którego niestety nie udało nam się zaliczyć. W sytuacji jednak, gdy byliśmy na walizkach, pozostało nam jedynie poszwędanie się po mieście i zamknięcie klamrą tej udanej wyprawy.

Madera – plusy dodatnie

  • Krajobrazy – jak na niewielką wyspę, Madera oferuje bardzo wiele. Sporo pięknych levad, które koniecznie trzeba zobaczyć. Niesamowity przylądek Św. Wawrzyńca. Klimatyczna stolica. Relatywnie wysokie szczyty do zdobycia. Liczne klify i znakomite widoki za sprawą ukształtowania terenu.
  • Klimat – Madera zwana jest wyspą wiecznej wiosny. Przez cały rok panuje tu temperatura 20-25 stopni. Do zwiedzania (zwłaszcza z dziećmi) w sam raz.
  • Brak tłumów – może dlatego, że na Maderze sezon trwa cały rok, to my w środku wakacji nie napotkaliśmy nigdzie nadmiernej ilości turystów.
  • Ludzie – pomocni, uśmiechnięci i pozytywnie nastawieni do życia.
  • Ceny – w porównaniu do Porto czy Lizbony, gdzie byliśmy w październiku (relacja tu), to ceny na Maderze są dużo bardziej przystępne.

Madera – plusy ujemne

  • Brak plaż – nam to akurat nie przeszkadzało, ale osoby wybierające się na typowe wczasowanie na plaży nad wodą, mogą się srogo zawieść 😉
  • Transport – choć autobusów kursuje tu całkiem sporo, to nie docierają do wielu atrakcji (np. levad), albo docierają tam baaaardzo długo – wyprawa z Funchal do odległego o zaledwie 60 km Porto Moniz trwa 3 godziny.