2. Poznański Bieg Niepodległości – relacja

Chyba żaden bieg w Wielkopolsce nie wywołał takich emocji (głównie negatywnych), jak pierwsza edycja Poznańskiego Biegu Niepodległości. W efekcie w tym roku frekwencja nieco spadła, choć organizatorzy zrobili wszystko, by uniknąć kompromitujących wpadek. W 2016 roku było na ostrzu, a tym razem wrócili z tarczą.

Trzeba przyznać, że debiut Poznańskiego Biegu Niepodległości był niezwykły. Niezwykłe były bowiem okoliczności, z jakimi biegacze zmagali się na trasie i na mecie, a właściwie jeszcze przed metą, bo ta się tak zakorkowała, że na jej przekroczenie trzeba było czekać nawet 9 minut. Do tego część z nich nie otrzymała zasłużonego medalu, ani wyczekiwanego rogala świętomarcińskiego.

Więcej na ten temat w zeszłorocznej relacji: www.triofus.pl/bieganie/multi-relacja-1-bieg-niepodleglosci-poznaniu/

Medali zabrakło, bo w Dniu Niepodległości części biegaczy włączyły się instynkty z czasów zaborów i miecze postanowili rozkraść, bo pewnie należą do wojsk najeźdźczych. W przypadku rogali, to zawiodła logistyka w połączeniu z polską gościnnością – pierwsi na mecie otrzymywali dwa rogale, a ostatni – zero. Zdarza się. Ale stanie w kolejce do mety niczym do toitoia przed startem, to mega plama. Zgodnie z przewidywaniami przyjęli sobie za punkt honoru, żeby ową plamę zmyć i zatrzeć złe wrażenie.

Przed startem

SMS zapraszający po odbiór pakietu. Gdzie? Na MTP. Tam czeka wiele stanowisk i jeszcze więcej wolontariuszy. Wszystko sprawnie i bezproblemowo. W zamian za okazaniem dowodu otrzymuję duży worek do depozytu, a w nim tylko dwie rzeczy – numer startowy oraz czapkę w wybranym kolorze – białym lub czerwonym. Chwilę się wahałem, którą wybrać, ale padło na białą, bowiem stworzy dobry zestaw z czerwoną koszulką z ubiegłej edycji.

Dzień startu

W zeszłym roku startowałem z Olą spod naszej Alma Mater – Uniwersytetem Ekonomicznym. Tym razem miejsce startu było jeszcze bardziej symboliczne – aleja Niepodległości, gmach Urzędu Wojewódzkiego. Standardowo docieram tam rowerem, bo zawsze to jakaś forma rozgrzewki. Tym razem była to jednak antyrozgrzewka, bo temperatura byłą tak niska, że momentalnie zacząłem żałować braku rękawiczek i decyzji „biegnę na krótko”. Nie było już czasu na powrót do domu, więc pozostało tylko zacisnąć ręce (na kierownicy) i rozgrzać się w okolicy startu. planowałem jeszcze odwiedzić toaletę, ale nie 15 minut przed startem kolejki wyglądały tak:

Lecę zatem do strefy A, bo do takiej mnie przypisano. Tam miła niespodzianka – trójka ochroniarzy pilnuje nie tylko porządku, ale i kolorów plakietek. Tuż przede mną z kwitkiem zostaje odesłana nie tylko trójka biegaczy ze strefy B. ale też i zawodnik ze strefy E, który uznał, że jako debiutantowi należy mu się pierwszy rząd. W zeszłym roku w boksach panował pełen liberalizm, co poskutkowało sporymi problemami na trasie. Organizatorzy dzielą biegaczy na Polskę A (czerwoną na lewo) i B (białe na prawo), by utworzyć wielką, żywą flagę. Chwilę później czapki lecą z głów, bo tysiące gardeł zaczyna śpiewać hymn. Piękne doświadczenie,  po którym nogi jeszcze bardziej rwą się do startu.

Ten następuje punktualnie o 10:00 – ale jedynie dla stref A i B. To kolejne zabezpieczenie przed zeszłoroczną powtórką z rozrywki. W tłumie nie tylko raźniej, ale i cieplej, więc po kilkuset metrach starałem się trzymać grupy biegnącej podobnym tempem co ja – poniżej 4:30. Tempo niezbyt szalone, ale tegoroczny cel „poprawić życiówkę na 10 km” udało mi się zrealizować miesiąc wcześniej, na 5. biegu Piotra i Pawła. W związku z tym jesienią przeszedłem na zasłużone roztrenowanie, a do biegania wróciłem po 3 tygodniach laby. Do biegu przystępowałem zatem na kompletnym luzie i bez żadnych oczekiwań czasowych. Miła odmiana do poprzednich 3 biegów niepodległościowych (z czego 2 razy w Luboniu), gdzie zawsze planowałem atak na życiówkę. Jednak w listopadzie zamiast formy przychodziło przeziębienie i cały misterny plan w pizdu.

Biegłem zatem swoim, bliżej niezdefiniowanym tempem i cieszyłem się biegiem, na tyle ile było to możliwe. Po atrakcyjnym początku na trasie zaczęło wiać Marcinem i nudą. Orkan w dniu swoich imienin postanowił o sobie przypomnieć i to tu trochę dmuchnął, tu nieco deszczu przyniósł, tu lekkie ochłodzenie. Poza tym na trasie niewiele się działo. Orkan Marcin przy okazji wywiał powiem większość kibiców, których poza strefą startu/mety, niemalże nie było na całej 10-kilometrowej trasie.

Deszcz, który pojawił się po około 20 minutach szybko ustał i zamiast z opadem trzeba było się zmierzyć ze wzniosem terenu w okolicy Cytadeli. Potem seria skrętów i szybki wybieg na ostatnią prostą, która prosta do pokonania nie była. Ostatnie 300 metrów to zwykle sprint na miarę możliwości, a tymczasem tu trzeba było walczyć z podbiegiem, który trwał do samej mety. Większość osób zwalniał, ale mi jako że biegłem dość luźnym tempem zostało sporo sił i udało się przyśpieszyć i nieznacznie podkręcić finalny czas.

Meta

Metę przekroczyłem po 44 minutach i 5 sekundach. O 6 sekund szybciej niż rok temu, ale zarazem prawie 3 minuty wolniej niż miesiąc wcześniej. Ot roztrenowanie 😉

Zaraz za metą miałem ochotę szybko wskoczyć na rower i uciekać do domu. Jednak organizatorzy tak bardzo chcieli uniknąć powtórki z zeszłorocznego korku, że tym razem zafundowali najdłuższą strefę wyjścia ever. Najpierw 200 metrów po medal, potem 100 metrów w lewo i 100 metrów w dół, gdzie czekały rogale, a właściwie rogaliki świętomarcińskie oraz woda. Żeby teraz wrócić w okolice startu, gdzie stał mój rower, trzeba było obejść Collegium Maius i wrócić do parku. W tym czasie zaczęło już nieźle padać, więc po rower biegłem równie szybko co na trasie.

Po raz kolejny okazało się, że na Biegu Niepodległości w Poznaniu opłaca się biegać poniżej 46 minut. W zeszłym roku gwarantowało to medale i rogale. W tym – uniknięcie mroźnego deszczu.

Plusy dodatnie

  • wnioski – organizatorom udało się odrobić lekcje i naprawić to, co w zeszłym roku nie zadziałało
  • medal – pierwsza tarcza w kolekcji, która fajnie wygląda obok miecza. Za rok liczę na kolczugę 😉
  • pilnowanie stref – weryfikacja na bramce niczym w Poranku Kojota – w tym kolorze nie wejdziesz! I bardzo dobrze.

Plusy ni to dodatnie, nie to ujemne

  • pakiet startowy – plus za czapkę (w końcu coś innego niż koszulka czy buff), ale poza nią pustka. Nawet ulotek nie było! 😉
  • rogalik – rogal świętomarciński musi mieć określony kształt, wagę i skład. Tu co najwyżej skład mógł być zgodny z wymogami.

Plusy ujemne

  • pogoda – Arti Kujawiński przed startem krzyczał, że specjalnie taką zamówił. Na rok prośba o nieco więcej stopni, a mniej wiatru oraz deszczu 😉
  • kibice – a właściwie ich brak. Zapewne ma to związek z punktem wyżej.
  • brak wody na trasie/herbaty na mecie