15. Poznań Półmaraton – w pogoni za formą i… Panną Młodą

15. edycja Poznań Półmaratonu była trochę jak nastolatka – pochmurna, ale z ambicjami, a jak robi imprezę, to po prostu trzeba się na nią wybrać, bo jest na medal!

Trzy CIĘŻKIE lata

Poznań Półmaraton to jedyna impreza biegowa, która jest pewniakiem w moim kalendarzu. Startowałem tam nawet będąc zupełnie nieprzygotowanym i bez formy. Widać to zresztą świetnie po moich ostatnich rezultatach:

  • 2019 – 1:33:15
  • 2020 – 1:56:19
  • 2021 – 1:59:14

Straszliwy zjazd. Przez te 3 lata wydarzyło się dużo złych rzeczy, które odebrały mi chęć i zdrowie do treningów oraz do pisania na blogu. Czytasz właśnie pierwszy od 3 lat tekstów. Mimo to, zawsze czułem potrzebę, by w poznańskiej połówce wystartować i utrzymać serię, którą rozpocząłem 9 lat temu.

Cały zeszły rok też stał pod znakiem symbolicznych treningów i startów. Wind of change (nie mylić z mordęwindem) zawiał w sylwestra i na serio postanowiłem zabrać się za siebie w ramach postanowień noworocznych. Ponieważ moja waga rosła równie szybko co spadało tempo biegu, to z początkiem stycznia wjechała dieta i rygor treningowy. Efekty przyszły szybko, a co najważniejsze dla mnie – wróciła radość i przyjemność z trenowania. Co prawda nadal były to raczej krótkie i mało intensywne jednostki, ale nie chciałem porywać się na maxa, bo pewnie skończyłoby się kontuzją, albo szybkim zniechęceniem.

Z tygodnia na tydzień szło to coraz lepiej i w marcu przebiegłem tyle samo kilometrów co w okresie styczeń-wrzesień 2020. Rety, jak ja kocham statystyki ❤️️ Tylko na co mnie stać podczas 15. edycji Poznań Półmaratonu? Po dwóch ostrych ciosach w poprzednich edycjach nie obiecywałem sobie za wiele. Cel był taki: przebiec w tempie około 5:10 min/km i to w komforcie.

Dzień startu

Ostatnie lata były zresztą też chude dla samych imprez. Pandemia spowodowała, że wiele osób schowało buty biegowe gdzieś na dno szafki, a frekwencja malała, w przeciwieństwie do opłat startowych. Ten sezon zapowiada się jednak inaczej. Najpierw błyskawicznie wyprzedał się Wings For Life, a Poznań Półmaraton po 3 miesiącach zapisów ogłosił SOLD OUT! 8000 na listach. Finalnie pula urosła do 8500 zawodników. Do rekordowych 13 tysięcy trochę brakuje, ale cieszy mocno rosnący trend.

W międzyczasie trwała ofensywa informacyjna, bo trzeba oddać organizatorom, że nie tylko sportowo, ale i PR-owo impreza stoi na bardzo wysokim poziomie. W sobotę, dzień przed startem do ofensywy przeszła też pogoda, która intensywnie zmywała kurz z trasy i najlepiej ze wszystkich zadbała o odpowiednie nawodnienie. Lało tak, że

Pogoda

Po mocno deszczowej sobocie pogoda podczas startu była zagadką. Sytuacji nie ułatwiały prognozy, które sprawdzamy w teamie przed startem. Accuweather – bez deszczu. Google – bez deszczu. IMGW – urwanie chmury. WTF?! 😀 Tymczasem z tymi prognozami było jak z kursem bitcoina. Cały czas lekko mżyło, z kilkoma przebłyskami słońca bliżej południa, co dla biegaczy było świetnymi warunkami. Powtórki z mocno zakrapianej 9. edycji poznańskiej połówki nie było.

Mimo 8 tysięcy zawodników w strefach startowych było wyjątkowo komfortowo. Zwykle czuję się tam sprasowany jak sardynka, a tu można było wygodnie się rozgrzać. Ostatnie 20 minut przed startem spędziłem jednak na… próbie ogarnięcia słuchawek bezprzewodowych. Działały, wydawały z siebie wszystkie dźwięki poza muzyką. Wszelkie restarty, ponowne parowanie, kombinacje nic nie dały. Trudno, zamiast z muzyką pobiegłem z zatyczkami do uszu.

Kilka minut po dziesiątej kierujemy się na linię startu. Zbijam pionę z Celiną, pod okiem, której dobre 15 lat temu trenowałem w Maglu, a teraz rozgrzewała tłumy przed biegiem i… ruszamy!

Ustawiłem się gdzieś pośrodku zajęcy na 1:45 a 1:50. Początkowo starałem się trzymać tempa 5:10 min/km, więc spodziewałem się, że mogę zostać pochłonięty przez pacemakerów i pod koniec podkręcić tempo, by wrócić na pierwotną pozycję. Nic jednak takiego nie następowało. Po najtrudniejszym pierwszym kilometrze, gdy trzeba było jeszcze się trochę poprzeciskać tempo powoli, ale systematycznie rosło. Po minięciu Stadionu Miejskiego następuje mój ulubiony etap, gdzie można zobaczyć czołówkę, która zasuwała w zawrotnym tempie – blisko 2 razy szybszym niż moje. Potem coraz większa chmara biegaczy, spośród których wyłapuje znajome twarze i zazdroszcze im mocno, bo pandemia nie zrobiła na nich żadnego wrażenia, a czasem i wręcz przeciwnie.

W okolicach agrafki 180 stopni dostrzegam flagę na 1:45. Po nawrotce widzę też tę na 1:50. I co najciekawsze – to jedyny moment, gdy dostrzegłem te wyraźne przecież chorągwie. Przez cały późniejszy bieg mimo zerkania daleko w przód i za siebie nie udało mi się ich dostrzec. Dziwne, albo może to kolejna oznaka postępującej peselozy 😉

Kolejne kilometry przebiegają bez żadnych zwrotów akcji. Niezmiennie lekko pada, kibice oblegają niemal całą długość trasy, nogi dobrze współpracują, a tempo systematycznie, acz powoli rośnie. W połowie trasy musiałem wręcz się hamować, bo Garmin momentami pokazywał 4:30 min/km. Fajne tempo, ale 3-4 lata wstecz, a teraz mogłoby się skończyć niezłym gongiem na dalszych kilometrach.

Najszybszy odcinek trasy, czyli dość ostry zbieg z Hetmańskiej w prawo, potem kolejna nawrotka i mamy neverending Drogę Dębińską. Odcinek dla mnie dość szczególny, bo przy tej ulicy mieszkaliśmy przez bite 10 lat, a trasa półmaratonu wiedzie kilka metrów od naszego niedawnego balkonu. To też zawsze ciekawy moment, gdy jest 17-ty kilometr i musisz wybierać – kończysz i idziesz do domu, czy ciśniesz jeszcze 4 km. Zawsze jednak stawało na tym drugim.

Kawałek dalej napotykam dwie wyróżniające się biegaczki – jedna w majtkowym różu, druga w bieli z welonem. Doganiam uciekającą Pannę Młodą i jej druhnę, pytam czy mogę foteczkę. Cyk i biegniemy dalej. Tempo wróciło w okolice 5 minut i takie staram się utrzymać do końca. W nogach zaczynam odczuwać oznaki zmęczenia. Na szczęście już niedaleko do mety.

Tyle, że przede mną najgorsze – nie dość, że ostatnie kilometry trasy, to jeszcze podbiegi. Najpierw skręt w lewo i lekki, choć długi podbieg na ul. Solnej. Momentalnie poczułem czworogłowe, które zaczęły się buntować i tempo lekko siadło. Potem znowu prosta, kilka szykan, przebieg pod wiaduktem i kolejny skręt w lewo. Czuć już metę, ale czuć jeszcze bardziej kolejny, jeszcze gorszy podbieg. Ten o dziwo wszedł nieco lżej. Pamiętam, jak rok temu ze 2 razy się tu zatrzymywałem z grymasem bólu i zmęczenia. Teraz forma była dużo lepsza, choć warto byłoby wpleść do planu treningowego znowu podbiegi 😉

Ostatni kilometr zleciał tak, że niewiele z niego pamiętam. Kibiców mnóstwo, robią piękny hałas, który świetnie nakręcał. Mimo zmęczenia podkręcam tempo, a gdy moje buty zwąchały pomarańczowy dywan, to jeszcze wbiłem najwyższy bieg, na jaki było mnie stać na ten moment. Wyprzedziłem na ostatniej prostej sporo osób i z uśmiechem wpadłem na metę.

Czas: 1:45:17. Wow! Tego się absolutnie nie spodziewałem. Zakładałem, jakieś 1:47, ale tu mogłem spokojnie powalczyć o jeszcze lepszy rezultat. Nie mam jednak do siebie żadnych pretensji, bo dopiero ten bieg pokazał mi gdzie jestem z aktualną formą. Wychodzi, że gdzieś…. w połowie drogi. Wynik w końcu o 14 minut (!) lepszy niż rok temu, ale i 12 minut gorszy niż 4 lata wcześniej.

W strefie finishera od kilku lat pojawia się dzwon, w który mogą zabić Ci, którzy zrobili życiówkę. Ja choć zrobiłem jeden z najgorszych rezultatów spośród 9 startów w Poznaniu, to wirtualnie sobie w niego zabiłem, bo mimo że wróciłem do punktu wyjścia (czas jak w debiucie), to jednak wyraźne odbicie od zeszłorocznego dna mocno mnie ucieszyło. Podobnie jak to, że do dzwonu ustawiała się cały czas długa kolejka. Brawo Wy!

Plusy dodatnie

  • Pogoda – czynnik niezależny, ale jakże istotny. Chłodno i z mżawką. Idealnie pod życiówki.
  • Kibice – im pogoda nie sprzyjała, a mimo to jak zwykle dali czadu. Dzięki za Waszą obecność!
  • Strefy odżywcze – liczne, odpowiednio długie, pełne pomocnych i dopingujących wolontariuszy
  • Masaże – obecnie to ewenement na imprezach (nawet triathlonowych), a tu nie dość, że były to jeszcze tak licznie
  • Darmowa komunikacja – w tym roku dodatkowo rozszerzona o transport kolejowy
  • Atmosfera – kto był to z pewnością poczuł. Prawdzwie biegowe święto w Poznaniu
  • Medal – w zeszłym roku poświęcony 100-leciu Lecha, to teraz dla równowagi dedykowany Warcie. Lubię w Poznaniu to, że nawet dla najzagożalszych kiboli nie stanowi to problem
  • Organizacja – generalnie – też na medal. Zwłaszcza przy tej skali imprezy

Plusy ni to dodatnie, ni to ujemne

  • Trasa – z jednej strony szybka i szeroka na początku, dzięki czemu masa ludzi jest gdzie się rozmasować. Z drugiej strony – co roku liczę na jednak jakaś modyfikację. Zwłaszcza omijającą podbieg na dwudziestym kilometrze 😉

Plusy ujemne 

  • Opłaty startowe – co roku opłata rosła o 10-20 zł, ale teraz inflacja mocno dała się i tu odczuć. 180 zł za najtańszy pakiet z koszulką to już konkret.
  • Wyniki – SMSa z wynikiem dostałem o 20:15 (8 godzin po biegu), a na oficjalnej liście z wynikami widnieję jako… Anonimowy Zawodnik. Nie mam pojęcia dlaczego.

Podsumowanie

Organizatorzy po raz kolejny stanęli na wysokości zadania i urządzili fajną imprezę, na którą wpadło skromne 8000 biegaczy. Gdy tyle elementów zagrało na plus, to nic dziwnego, że w Poznaniu mieliśmy prawdziwe biegowe święto i wielu z nas już powoli odlicza do kolejnej, 16. edycji tej imprezy.